Wieża w ogniu

Ktoś może zapytać, jak Wifi zareagowała na obecność Nuny. Odpowiedź jest oczywista. Wifi zareagowała na obecność Nuny jak typowy kot. Nijak. 

Koty maja osobowość perfekcyjnie odizolowaną od wszystkich innych osobowości. Koty to wyspy nie tylko bezludne, ale też bezkocie, bezpsie, doskonale pozbawione jakichkolwiek wpływów lądy bogate za to w ptactwo, myszy i ważki. Konkretnie: w kocim świecie nie ma nikogo, kto by kotu przeszkadzał.

Gdyby tylko ludzie odrobinę zmądrzeli, mogliby nauczyć się od kotów tego dystansu. Niestety, na wszystko się zanosi, nawet na koniec świata, ale na to, że ludzie zmądrzeją: kategorycznie nie. 

Koty nie przejmują się więc innymi kotami, choćby to były same ocetoloty, czy inne serwiwale. 

Żaden kot nie bierze do głowy tego, co sobie o nim inny kot pomyśli. W jego kryterium wartości nie ma więc miejsca na plotki, a fakt, że w ludzkim świecie istnieje takie zjawisko jak dziennikarstwo (opłacane i to słono opłacane plotkarstwo, które nadaje potężny sens istnienia, wywołuje żywe reakcje, wypełnia czas spotkań, rozmów, a nawet winduje lub niszczy życie ludzkie) – mógłby doprowadzić kota do takich spazmów śmiechu, że biedny by się udusił. 

Na szczęście kot w ramach ekspresji emocji, zdecydowanie wybiera ziew. 

Dlatego właśnie Wifi na widok Nuny ziewnęła, po czym zamknęła oczy i poszła spać. Miała prawo. Dopiero co rozłupała jakiegoś nieszczęsnego gołębia, którego truchło leży teraz pod oknami mieszkania Wió i drażni Sąsiadkę z PP. Sam pies PP od jakiegoś czasu siedzi cicho, ciało gołębia daje mu do myślenia, nie jest wszak dużo od gołębia większy, za to głośniejszy w cholerę. Pamiętajmy też, że pies nie ma skrzydeł. Krótko mówiąc: PP jest w tak zwanej „D”. Nie zadziałało palenie świec żywota, kot wziął sprawy w swoje pazury i dał radę. Cisza jak makiem zasiał. 

Nuna za to chodzi ze mną krok w krok, zwiedza okolicę, była nawet w kawiarni, gdzie ludzkość oszalała na jej widok. No tak. Ludzie szaleją na widok kota, ale za cholerę się od kota nie uczą. 

Ludzie w ogóle się niczego nie uczą, choć w kwestii rozwoju robią histeryczne halo. Organizują warsztaty, sympozja, wykłady. W tym celu muszą przede wszystkim wydać kasę. Człowiek musi wydać kasę, żeby ujrzeć sens w czymkolwiek. Zapaćkać internet ogłoszeniami. Zdjęć napstrykać. Dyplomów nadrukować. Pooznaczać się ze znajomymi. Plakatów, ulotek, reklam narobić. Nie mówiąc już o czymś takim jak gadżety. Catering. Pokazy akrobatyczne. Hotele pięciogwiazdkowe. Baseny. Sauny. E tam, baseny, sauny. Zajęcia fitnes! Odchudzanie! Oczyszczanie jelit!

Mindfullness.

Kołczing. Srołczing.  

Wegejogozen.

Kiedyś miałam okazję być na czymś takim. Nazywało się to Kongres Kobiet. Feministyczny zjazd w celu pitolenia o sprawach, które tak naprawdę wszyscy mają dokładnie tam, gdzie jest PP. Zjechało z wielkich miast redaktorek i innych celebrytek tłum. Każda hotel za kupę szmalu dostała. Wino, kolację i diabli wiedzą co jeszcze. Telewizja, gazeta, zdjęcia na ściankach. Szumu narobiły, a kobiety jak klepały patriarchat tak klepią.

Ja, mili państwo, niczego nie oceniam. Swoje przeszłam. A wy róbta co chceta. Idę do Ziarna pogadać. W jego kantorze dziś młyn. Przed świętami szajba. Wino kupują. Skrzynkami. Nagle wchodzi facet, przedstawia się jako naukowiec fizyk. Czujnie badam, czy to aby nie Albert Einstein, bo jak wiecie – kantor stoi na krawędzi światów i wszystko jest możliwe. 

Facet jest tak samo szalony i tak samo ekspresyjny. Typowy naukowie fizyk. Albert Einstein. Gada i gada. Że promieniowanie pięć gie, że nie ma ratunku, że rolety na oknach specjalne montuje przed zagładą. Nastawiam uszu. A ten jak nie wypali:

– Trzy dni temu śniła mi się arka. 

– Arka? – prostuję się gwałtownie na krześle.

– Tak, potop. 

– Niemożliwe!

– A jednak. Śnił mi się potop, woda zalała świat. 

– Niech pan opowie!

– Woda zalała świat, bo się wszystko roztopiło na skutek zmiany magnetyzmu Ziemi. Raz na trzynaście tysięcy lat takie rzeczy się dzieją.

– I co? I co?

– Jest tylko jedno miejsce, w którym można się schronić. 

– Jakie to miejsce?!

– Arka. To nie jest żaden statek. To po prostu geografia.

– Gdzie to jest?! 

– Tego nie wiem. Jeszcze. 

– A co z magnetosferą?

– Wiatr słoneczny pokona osłabioną barierę magnetosfery. Zapali wszystkie przewody elektryczne. To się stanie oczywiście jeszcze przed powodzią.

W tym momencie przypomniał mi się mój sen. Dawno, dawno, gdy jeszcze żyłam, śniło mi się, że lecę przestrzenią kosmiczną. W jej czerni widzę białą wieżę. Wieża jest piękna, pełna blasku, spowita błękitną poświatą. Żeby do niej wlecieć, muszę rozbić kryształową szybę. Kryształowa szyba to… pole magnetyczne! 

Tak. 

A biała wieża to planeta Ziemia. 

Przelatuję przez rozbitą szybę, wlatuję do środka. W wieży stoi ołtarz. Hej, bóg, pozdrawiam niewidzialną istotę, bo przecież jak jest ołtarz, to musi być i bóg. Tymczasem ten „bóg” posyła pocisk, który trafia mnie prosto w serce! 

– Oż ty, kuźwa twoja mać! – klnę po rosyjsku, co konkretnie brzmi: A paszoł na chuj!

I oburzona wylatuję z wieży. A gdy jestem już w bezpiecznej odległości, odwracam się i z ramienia wypuszczam serię strzałów prosto w jej kierunku. 

Trafiam bez pudła. Wieża staje w ogniu. Pomarańczowe płomienie wybuchają jak najbardziej spektakularne fajerwerki świata. Płonie błękitna planeta piekielnym ogniem apokalipsy. A taka ładna była…

– Proszę pana, proszę pana! – wołam Einsteina, gdy ten z butelką wina wychodzi z kantoru. 

– Słucham? – Einstein staje w drzwiach. 

– Po co panu wino?

Biez pał litra nie razbieriosz.

Bardzo ciekawe uczucie

Oprócz tego, że jestem krukiem i panterą, przyjęłam za oczywistą jaźń zorzy polarnej. Tym bardziej, że już o tym wspominałam. Szaman narzeka, że niewiele z tego rozumie, ale facet zawsze niewiele rozumie, zwłaszcza gdy go wiecznie nie ma, bo jest na biegunie północnym*. 

Wracając do schizofrenii mojej świadomości – można rzec, że ona się pogłębia, multiplikuje, a nawet nawiązuje nowe połączenia z jaźniami innych, przez co staje się nieobliczalna. 

Jak matematyka. 

Zapytałam Ewelement, co o tym myśli. Czy można być jednocześnie Noemi, Sechmet, Guovssahas oraz częścią wspólną zorzy polarnej należącej do kogoś innego? Bo to już na pewno nie jest żadne zwykłe rozdwojenie jaźni, ale jaźń podniesiona do potęgi którejś tam. Ewelement uznała, że owszem, to jest możliwe. A na pytanie, ile tego jest (jaźni?) – obliczyła błyskawicznie, że nieskończoność. 

Poraziło mnie, ale tylko na moment. Miało to miejsce akurat tego wieczoru, gdy przypłynęłam do niej pociągiem (tu są pływające pociągi) przez Ocean Pomarańczowy. Opowiadałam, że gdy czekałam na peronie, nagle bez żadnego ostrzeżenia (to się zawsze dzieje bez ostrzeżenia) – uniosłam się nad torami i zawisłam na niebie, nie zdążywszy się nawet zorientować, jaki rodzaj bytu przybrałam. Gdy pociąg przyjechał, wciągnęło mnie do środka, miękko posadziło na fotel pasażera i oto znów byłam człowiekiem. Obejrzałam dłonie, rzuciłam okiem na odbicie w szybie. Tak, to ja. Ale co się działo przed chwilą?

Mogłyśmy spekulować. Czy na ten moment stałam się chmurą, czy wiatrem? Ostatecznie nie ustaliłyśmy. Nic dziwnego, że Ewelement tak z tego wybrnęła. Natychmiast uznała, że mogę być wszystkim, a skoro mogę być wszystkim to jest mnie nieskończoność. Proste. 

Jak to jest być kimś innym niż człowiek? 

To bardzo ciekawe uczucie. I to jest właśnie introligatorska fraza. Nie znoszę takich fraz, bo zabierają całą temperaturę kolejnych słów, które mają oddać to, jak ciekawe jest to uczucie. 

Ale nie jesteśmy na warsztatach literackich. Na warsztatach poznałam Nemocję i wystarczy. Cel osiągnięty. Poznać Panią Mroku to największy wygryw. Nie zgadzacie się ze mną? Macie prawo. Ale prawda jest taka, że dopóki nie zawrzecie znajomości z demonem – dopóty jesteście w czarciej zapadce. Demon szaleje w waszym życiu, robi totalny bardak, a wy nawet nie wiecie jak wygląda. Nie wiecie, gdzie jest. Nie wiecie, co knuje. Nic nie wiecie. Trzęsiecie portkami, żeby go nie spotkać. Nic bardziej zgubnego. 

Demona trzeba nie tylko spotkać, ale wręcz za rękę złapać, przyciągnąć do siebie i zatańczyć! I potem tylko patrzeć, jak jego lodowate oczy topnieją pod waszym spojrzeniem. 

Jednak nie mam czasu na Nemocję. Szukam Nuny. Znów poszłam do lasu. Nawet jakąś kobietę z wózkiem pytałam. Czy nie widziała ocetolota? Nie. Co dalej? No co. Chrzanić dzika. Niechże go spotkam. Powiem mu. Powiem mu: Za mały las?! Trzeba ryć akurat tu, gdzie ja chodzę?! Ocetolota szukam?! Straszyć się zachciewa. Walnij się lepiej w ryja. Tak powiem, jak tylko spotkam bestię. 

Ale nie spotkałam. 

Nuny też nie spotkałam. 

Wróciłam do domu i opowiedziałam o wszystkim No. A ona wzruszyła ramionami nie uznając straty i to właściwie była cała jej reakcja na moje przygody. Ma rację, dziewczyna. Z kotem jest dokładnie tak, jak z facetem. Kota się nie szuka. Na kota się czeka. 

A czekając żyje się, żyje, ŻYJE!

Nieskończonością żyć. 

Tymczasem miałam wam opowiedzieć, jak to jest. Jakie to uczucie żyć nieskończonością żyć? 

TO BARDZO CIEKAWE UCZUCIE. 


* Zorza polarna występuje na biegunie północnym i południowym jednocześnie. Jedno i drugie halo stanowi wzajemne odbicie lustrzane. To jedność, ale oddalona od siebie totalnie. 

Nuna

Nemezis nie Nemezis, życie po śmierci toczy się dalej. Nie nadążam go opisywać na bieżąco. W poprzednim życiu pisałam książki i bloga, wcześniej – pamiętniki, a i tak nie opisałam wszystkiego. Dobrze, że istnieje wieczność. To mi daje jakąś gwarancję, że zdążę. Pamiętajmy jednak, wieczność nie składa się z nicości. Owszem, są takie hipotezy w świecie, gdzieś wokół Tybetu powstają, jednak, jak się okazuje, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. 

Klasztory nigdy nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością. W sensie: z życiem. Oddalone od prozy, zawieszone w stworzonym przez poetów świecie, faktycznie mogą rozpłynąć się w nirwanie. Tu jednak, gdzie wieją wichry życia, nie ma mowy o nicości. Dlatego: sama nie wiem. Czy zdążę to wszystko opisać. 

Zobaczymy. 

Tymczasem, zaintrygowana znaleziskiem w Księgozbiorze, postanowiłam pójść jeszcze raz na Górę Przeznaczenia i zbadać tamten napis na piasku. Bo było napisane: Nemezis. Pamiętacie. No więc idę. Rozprawię się z zagadką, spotkam kruka, wypytam, przycisnę do muru. Pewnie, możecie powiedzieć, na cholerę iść do lasu, wystarczy przemaglować Krucego i jesteśmy w domu. Tak jednak powie tylko ten, co nie zna realiów. Bo kruk nie siedzi mi na ramieniu w mieszkaniu Wió. Bynajmniej. Kruki mieszkają w lesie, na skraju lasu, na wysokich drzewach. Tam wiją swoje gniazda i tam prowadzą swoje codzienności. A to, że Krucy do mnie przylatuje od czasu do czasu, żeby popisać się jakąś figurą akrobatyczną – nie znaczy, że zaraz wyśpiewa o Nemezis. 

Idę więc do lasu. Wspinam się ścieżką pokrytą listowiem. Liście spadają z drzew jak pomarańczowy deszcz i zaraz mi się przypomina Ewelin z jej niebieską (czy czerwoną?) tabletką oraz Niebiesow, który dał mi ostatnio zakwas do pieczenia psychoplacków. O psychoplackach jednak napiszę kiedy indziej i gdzie indziej, teraz jestem w lesie, zupełnie sama (Szaman pływa!), jestem sama już tak długo, tak długo, że chce mi się płakać… 

I już, już lecą łzy po policzkach, już, już staję się nieszczęśliwa, już, już biedna, w dodatku w lesie straszliwym samiusieńka jak palec…, gdy nagle zza krzaków wybiega coś potwornie hałaśliwego i podbiega bez pardonu wprost pod moje nogi!

Aż podskoczyłam. Wrzasku wiele, ale bawełny mało – powiedział diabeł strzygąc kota. Nie wiem, skąd jest ten cytat, ale pasuje mi tu jak ulał. Bo tak rozdartego stworzenia nie widziałam jak żyję. A żyję już nieraz. 

Tak się to to darło, że musiałam pogłaskać. Kici, kici, podchodzi, łasi się, miauczy, mruczy, gardłuje, Boże ty mój! To kobieta. Kobieta kot, ale kot jest śnieżnobiały aż świeci. No i najważniejsze, że to wcale nie jest zwykły kot. To ocetolot. Nie mylić z ziemskim ocelotem! Gatunek podobny, ale nie tożsamy. Tak egzotyczny, że spotkać go można tylko i wyłącznie w jednym miejscu w Kosmosie i jest to dokładnie Góra Przeznaczenia. 

To, co zobaczysz na Górze Przeznaczenia, jest ci przeznaczone – powiedział Szaman Mako. (Kuźwa, możemy już przestać o Szamanie Mako?!) Czyli, że to rozdarte zwierzę jest mi przeznaczone???

To się okaże. 

Tak, okaże się. Ja mam już Wifi, No (do No zaczęły przychodzić koleżanki!), Szaman bywa (RZADKO), Ewelement, wszyscy na krzywy ryj, bo mieszkanie należy do Wió…

Gdzie mam pomieścić białego ocetolota?! 

A ocetolot się ociera, rozochoca, łazi mi po płaszczu, tupie po plecach, no mówię, cyrk. 

Dobra, jakoś to ogarnę. Będę miała ocetolota. Ocetolotkę. Nazwę ją Nuna. Niech będzie. Damy radę. Już widzę ten wzrok Wifi, gdy przychodzę z Nuną do mieszkania Wió. Już czuję tę krew na pazurach. TRUDNO. 

Idziemy teraz razem przez las, już mi w ogóle smutno nie jest, już mi wesoło jak szczygłowi. I w myślach snuje plan wycieczek po Kosmosie z ocetolotem u nogi. To się nazywa szyk! Psa to każdy głupi może prowadzać. Ale ocetolota? I to NIE NA SMYCZY?! 

Swoją drogą, co trzeba mieć w głowie, żeby prowadzić kogokolwiek na smyczy? Straszne rzeczy, mi się wydaje. Nieważne. Ja na pewno Nuny na smycz nie uwiążę, to się nie godzi i potrzeby brak. 

Po pierwsze Nuna idzie ze mną krok w krok. Po drugie: jeśli nawet da nura w krzaki, to tylko po to, by zaraz z nich wyskoczyć i dołączyć do mojego celu. 

A jakie to ładne! NIKT nie ma takiego pupila. Po pierwsze: kot, który świeci. Słowo honoru. Świeci jak żarówka. Dwa, biel sierści Nuny jest oślepiająca i tylko jakiś prymitywny zwierz o prymitywnie skonstruowanym narządzie wzroku może się tego blasku nie przestraszyć. Człowiek jest bezradny. A przecież sami doskonale wiecie, że w całym Wszechświecie najgroźniejszą istotą jest człowiek, nikt inny. Jestem ocalona. 

Ocetolotem. 

Jupi! Ciekawe, co Szaman powie. Znów ten Szaman. Facet popłynął w świat i ciągle go nie ma, a ja: Szaman i Szaman. Czas się za siebie wziąć. Za swoje życie. Nie po to umierałam, żeby się teraz na kimś uwieszać. Muszę sama sobie radzić. I sama odpowiedzieć sobie na pytanie, co z ocetolotem w związku ja myślę? 

To po introligatorsku chyba było. Ja się od tego Szamana nie uwolnię. 

Ale sami zobaczcie, jak mnie ta Nuna nastroiła! Nagle po introligatorsku gadam! To ze szczęścia. To trzeba wybaczyć. Pokażcie mi śmiałka, co na Górze Przeznaczenia znajduje taki klejnot i nie świruje z radości. Nie ma. Nie ma. Nie ma, bo nikt do tej pory takiego klejnotu na Górze Przeznaczenia nie znalazł. 

OPRÓCZ MNIE. 

Ha, ha, ha! 

Ja pierdzielę, muszę zabrać tę Nunę z lasu. I to szybko, bo się jeszcze rozmyśli i gdzieś ucieknie! Ale nie wygląda, zupełnie nie wygląda, że ucieknie. Idzie tam gdzie, wszędzie tam gdzie ja! 

Być tam, zawsze tam gdzie ty, jeeea… Taka piosenka była. Serio mi odwala, ale mam kota. Na gorącym dachu mojej głowy.

Zabieram Nunę z lasu, idziemy, kici, kici. Nuna podskakuje, bawi się, robi akrobacje niczym Behemot z Bułhakowa. Tylko od Behemota różni się zasadniczo KOLOREM. I zasadniczo, bo płcią.

Idziemy beztrosko, wesoło, szczęśliwie. Nagle jakiś cień zasnuwa las, patrzę na Nunę, stop – klatka, zatrzaśnięta, znieruchomiała nieoczekiwanie, a w oczach przerażenie. Co jest, nie zdążam pomyśleć, bo w tym samym momencie niemy „puff” się rozlega w powietrzu i z Nuny zostaje tylko biały obłok.

A potem mgła. 

Srebrzysto biała mgła. 

Co? Jak to?! Nie zdążam pomyśleć, bo się oglądam za siebie, a tam (TU) stoi potężny na dwa metry w kłębie dzik, zwierzę wysoce prymitywne, a jak u niego ze wzrokiem, sami się domyślcie. 

Pufff! 

Nie mam pojęcia, jaki obłok zostawiłam, brak mi też danych o kolorze mgły. Faktem ustalonym jest tylko to, że znikłam jak Nuna i po chwili znalazłam się w mieszkaniu Wió. 

Ale Nuna przepadła. 

PS. Wiem, co się dzieje z Panią Mroku, Nemocją. W tej wojnie (człowieka z Bogiem) ma to niebagatelne znaczenie. Ale pozwólcie, że najpierw zajmę się Nuną. 

Nagle jakiś cień zasnuwa las, patrzę na Nunę, stop – klatka, zatrzaśnięta, znieruchomiała nieoczekiwanie, a w oczach przerażenie…