Biały pies i czarny lew

Nikt nie pyta, co się stało z Orionem?

Tacy koledzy.

A więc zgubiłam psa. Zdarzyło mi się to już kiedyś, dawno, gdy byłam w wieku No. W podobny sposób widziałam świat. Jak wyjaśnić tę perspektywę? Właśnie tak. Wychodzisz z domu z psem, idziesz przez miasto, wchodzisz do sklepiku, pies zostaje na zewnątrz, wychodzisz ze sklepiku i wracasz do domu, na śmierć zapomniawszy komendy: – Dragon, idziemy.

Żołnierz nie ma prawa drgnąć bez rozkazu „drgnij”. Tak więc Dragon został pod sklepem, a ja zdumiona na widok niezmąconej przestrzeni – oto jestem sama w domu.

Wtedy wystarczyło wrócić pod sklepik. A gdzie ja mam dziś wrócić? Kiedy i jak przepadł Orion, w którym momencie i pod jakim sklepem siedzi?! Zabijcie mnie, nie powiem.

Bo nie wiem.

Zresztą Orion to nie był (Boże, mówię o nim w czasie przeszłym!) pies, który przy nodze chadza. Biegał po lesie bez żadnej smyczy, wychodził na ulicę, robił co i kiedy chciał. Jego biała sylwetka zawsze majaczyła na horyzoncie. Tymczasem ja, pochłonięta końcem świata, budowaniem arki, odzyskiwaniem i wyrzucaniem za burtę przyjaciół, wreszcie: zaaferowana kotami – nie zauważyłam, że od jakiegoś czasu nie majaczy.

Może to przez Ewelement? Ten księżycowy wilk mógł mnie wytrącić z czujności, wypełnić lukę po psie. Od kiedy jednak Bella włamała się do mojej głowy i zaczęła śnić obrazki z mojego życia, wzmożyłam uważność. Przyjrzałam się, kto jest kim. Tak naprawdę. I tak naprawdę nie ma nigdzie Oriona.

Owszem, był. Był, bo jego obecność stwierdziłam ponad wszelką wątpliwość w okolicy połowy stycznia, gdy rozsypałam brokat.

Już tłumaczę.

Rozgorzała wojna, zdobyłam listę ZŁO. I niby nastała cisza, ale coś mówiło, że pozorna. Żaden wyrok żadnego sądu jeszcze nie zapadł, rzecz będzie się ciągnąć jak epidemia, a póki się będzie ciągnąć, póty będę miała swój bonus w postaci przedstawienia pod tytułem: NUDY BRAK.

Któregoś styczniowego poranka postanowiliśmy z Szamanem wybrać się na wycieczkę. Przeczucie, a może senne ostrzeżenie kazało mi rozsypać brokat w szufladzie. W kolorze żółtym. Nikomu nic nie mówiąc, zostawiłam więc tę finezyjną pułapkę na dokumentach sądowych, czyli dokładnie tam, gdzie najciekawiej.

Czy muszę mówić, że po powrocie ujrzałam mieszkanie Wió całe w brokacie?

Pozostało teraz tylko zgadnąć KTO. Kto zwędził pod nieuwagę i dorobił klucze bez wiedzy i zgody mojej, a co najbardziej wstrząsające – bez wiedzy i zgody prawowitej właścicielki mieszkania, mianowicie ostrej jak brzytew formalistki, chodzącej encyklopedii paragrafów, samej Wió?!

I dalej. Kim jest ten ktoś, kto:

  • nie zauważył brokatu w kolorze żółtym?
  • zostawił ślad w postaci mapy Berlina?!
  • że o połowie grama* nie wspomnę?!

Nie trzeba być Sherlockiem. A ja Sherlockiem nie jestem. Mnie Sherlock może najwyżej browara potrzymać. O ile ewentualnie bym chciała go pić. No, może koronę. Espania serveza. Albo lepiej wodę święconą. Pokój nocny browarów nie pija, pokój nocny pije wodę święconą. Przepis na wodę święconą podam kiedy indziej, mam teraz urwanie głowy, zgubiłam psa.

Właśnie wtedy! Tego tajemnego dnia, gdy zwęszył mi mieszkanie – ślad po Orionie zaginął. Przypadek? Nie sądzę.

Mapa Berlina trafiła do śmierci. Zostawiłam ją u Belli i Leo w pamiętny dzień mikrodawkowania. Nazajutrz afera, jakby zginął milion dolarów. Leo uznał, że to bardzo ciekawe, co w tej śmierci być może, jak na chirurga przystało, wypatroszył Zarę Li…

I dupa mu ze śmiechu odpadła.

Leo jest czarnym lwem. Widzieliście kiedyś czarnego lwa? Pisałam o czarnych lwach w jednej ze swoich książek (tej ostatniej, za którą mi nie zapłacono), miałam więc do czynienia z ich szalonymi, głodnymi duszami.

Czarny lew stoi na straży emocji. Im jest potężniejszy, tym trudniej się do nich dostać. Zdarza się, że zwierzę dostaje kręćka na punkcie swojego zadania. Tak jak Dragon. Dostał rozkaz i koniec. Wrósł na schodkach spożywczaka.

Straż to niejedyne zadanie czarnego lwa. Jest jeszcze coś straszniejszego. Coś, co zmusza lwa do jeszcze pilniejszego strzeżenia emocji, zaciśnięcia pętli wokół własnej szyi.

To skakanie przez płonącą obręcz.

Widziałam to. Widziałam płomienie, słyszałam huk ognia, czułam zwierzęcy strach. I ten zgrzyt kości, ten opór ścięgien, krzyk ze środka trzewi, z samego serca: NIE!

NIE.

NIE.

NIE.

Lew nie powinien skakać w środek ognia. A jednak skacze. Skacze, bo sobie serce zakratował ołowiem tak gęsto, że sam już do tego serca zajrzeć nie może.


*czemu tak mało?!

Wrony, Noemi Susenbach

Nemezis

Żaden. Nic z tych rzeczy nie miało szans się wydarzyć, bo nie jestem taka głupia, żeby przehandlować pierścionek – choćby by był z rubinem wielkości meteorytu – za miłość, czy przyjaźń. 

W przypadku miłości jeszcze pelerynę! 

Dajcie spokój. 

Mam w żyłach żydowską krew. To zobowiązuje. Nie ma głupich. Kamienie szlachetne są tylko wtedy szlachetne, gdy mają duszę. A przehandlowany za miłość* kamień staje się tylko kawałkiem szklistego materiału. Na cholerę mi szklisty materiał, jeśli mam miłość i skrzydła Nemezis?!

Wczoraj uzmysłowiłam sobie, że nie wyjaśniłam wam miliona rzeczy. Na przykład Orion. Biały Pies z Góry Przeznaczenia. Rzucił się na mnie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Szamana Mako. Czekajcie, odwrotnie. Najpierw się rzucił, a potem go zobaczyłam. To jest odwrotnie?

Sami widzicie. Tego się nie da opowiedzieć! A ja muszę. 

Taką mam misję. 

Orion to jest pies przewodnik. Inaczej nie umiem tego nazwać. Orion też ma misję. Ale nie tak jak Ziarno, anioł z krawędzi światów. Ziarno jest przykuty do miejsca. Związany karmą. Orion jest wolny. Jego misja jest jego bezpośrednią wolą. Przychodzi do ciebie, bo chce. Kuźwa, RZUCA SIĘ NA CIEBIE, gdy chce!

Ale nie zrobi ci krzywdy. On pilnuje, żeby kto tam sobie krzywdy nie zrobił. 

Oczywiście, nie każdy ma Oriona, a może raczej: nie każdy Oriona widzi. I na tym właśnie polega problem ludzkości. Ludzie nie widzą Oriona. A on się pokazuje. Zwróćcie uwagę. Biały pies. Dość duży. Bardzo piękny, o czystej (nawet w słotę) sierści. Sprawia wrażenie, jakby był z kryształu. Czasem idzie na smyczy dla niepoznaki. Czasem inaczej się nazywa. Imiona nadawane przez ludzi rzadko mają pokrycie w rzeczywistości Nadwymiaru. Niestety. Ale każdy, kto go zauważy i zrozumie, że to jest Orion – wkrótce dostanie bezpośredni znak, co ma dalej robić. 

Bo łączy się z Kosmosem. A to już wygryw. 

Oriona mamy więc z głowy, pewnie jeszcze nieraz do niego wrócimy, tymczasem: Krucy. To już jest nieco wyższy poziom skomplikowania. Jak wiecie, Krucy jest ptakiem. Konkretnie krukiem. Gdy wchodzimy na temat kruków, wiadomo, że będą schody. Kruki to najbardziej niepokojące ptaki na świecie. Każdym świecie. 

To, że kruki ze sobą rozmawiają, nadają sobie imiona, tańczą – wiadomo. Wiadomo też, że kruki przepowiadają przyszłość. To one, zachwycając tańcem śmierci, poinformowały mnie, że za chwilę będzie rzeź. 

Krucy to jeden z tańczących kruków. Zwycięzca. Nie odstępuje mnie od tamtej pory. To znaczy, żeby było jasne. Nie usiadł mi na ramieniu. Po prostu poleciał tam, gdzie ja i co jakiś czas się pojawia, krąży nade mną przepowiadając przyszłość. Zwykle: tarapaty. Ale nie trzeba być krukiem, nie trzeba być nawet orłem, żeby przepowiedzieć mi tarapaty. To już nawet Orionem można być. I pojawiać się na szczęście bez chwili przerwy. Tarapaty i tak BĘDĄ. 

Nie ma przeciwności losu. Jest LOS. A ja się w nim zawsze tak ustawię, by stać się przeciwnością. 

Najważniejsze to mieć tego świadomość i dobrze się bawić. Jak się idzie na deskę, to przecież nie po to, by kołysać na falach. Dobra zabawa to zawsze walka. 

Wracając do Krucego. To, że on mi się pokazuje, coś wskazuje. Wszystko coś znaczy. Taka jest zasada w Nadwymiarze. Nie ma przypadków. No więc, gdy widzę kruka, wiem, co dalej robić. Zaglądam do Księgozbioru, sprawdzam, co się kryje pod hasłem: kruk. No, na przykład do tego Słownika symboli. Kopalińskiego. Władysława. I czytam, że kruka (a właściwie krucę) miał pewien bóg o imieniu Apollo. 

Mówiłam o tym? Bo za cholerę nie pamiętam, a nie chce mi się grzebać w przeszłości. No więc Apollo to bóg. Ale facet. Więc spokojnie. A właściwie: niespokojnie. Kuźwa, to też muszę wytłumaczyć!

Jest spora różnica między bogami rodzaju męskiego i żeńskiego. Sam podział już jest pewnym obciążeniem i świadczy o poziomie niższym niż boski, ale zanim wejdziemy do wymiaru wyłącznie duchowego, musimy się uporać z ciałem. Ciało zawsze sprawia kłopoty. Ale daje też mnóstwo zabawy, więc nie popadajmy w skrajności. 

Facet bóg wobec boga kobiety jest jak zapalenie śluzówki nosa wobec sepsy. Ściśle: katar kontra sepsa. I tak samo jak z „męskim” chorowaniem: więcej afery narobi ten z katarem niż walcząca z sepsą kobieta. 

Apollo to facet, więc się po „męsku” zachował. Zakochał się w istocie ludzkiej, w dziewczynie o imieniu Koronis. Koronis odwzajemniła miłość. Zaszła z Apollem w ciążę. Przestraszyła się. Mieć dziecko z bogiem, ogarnijcie. Jak ona to starej wytłumaczy? Poza tym, trzeba jakoś żyć. Dziecko wyżywić. Nie każdy się buja na chmurce. Koronis zwróciła się do pewnego chłopca z wioski. 

I postanowiła wziąć z nim ślub. 

Apollo byłby chyba nawet tego nie zauważył, wszak jest bogiem i ma prawo w międzyczasie zakochać się w siedemnastu innych istotach ludzkich.

Ale kruca mu doniosła. 

Czemu to zrobiła? Potem będziemy się zastanawiać. W każdym razie powiedziała swojemu panu, że Koronis w ciąży i z tamtym i tak dalej. 

Apollo wpadł szał, w prostym męskim odruchu zabił dziewczynę, a w ostatnim momencie, gdy z oporami docierało do niego, że przy okazji zabił swoje dziecko – Asklepiosa, szybko to dziecko wskrzesił i, co za niespodzianka, uczynił bogiem. Medycyny. Sami oceńcie, jak sobie ten bóg radzi. I czy warto facetami obstawiać stanowiska.

Koronis tymczasem „w nagrodę” zawisła na nieboskłonie i świeci do dzisiaj jej gwiazda. Na pomnik zawsze można liczyć. 

Niemniej: taka historia. Z tymże niezakończona. Bo jak już Apollo zabił Koronis, mało mu było gniewu (wszak musiał go rozrzedzić na ratowanie syna), trzepnął więc jeszcze w krucę. I dostało się biedaczce po łbie za nieswoje sprawy. A po co było dziób wtykać, spytacie. O to zapytam ją także. Jak tylko spotkam. 

Czymże zapłaciła kruca za gniew swego pana? I tu wychodzi cała natura tej istoty. Otóż, wyobraźcie sobie, że Apollo znalazł ujście swego gniewu w tym, że barwę krucy z białej przemienił w antracytową czerń. 

Ha, ha, ha!

Dajcie jej czarną kieckę zamiast białej. Ha, ha, ha. I patrzcie jak płacze po kątach! Ha, ha, ha! Drapnęło coś w gardle nowo wystrojonej krucy na pożegnanie i radź sobie, narcystyczny dżolero, sam!

Od tamtej pory kruca jest niezależna, nie ma żadnego pana i paraduje w super eleganckiej czerni. 

A Apollo stał się maskotką mitologii (już nawet nie religii), symbolem próżnego pięknisia o wątpliwej mocy. I nic mu nie pomoże, chyba że jakimś cudem znajdzie w Kosmosie ultrafilantropijną istotę, co zgodzi się mu towarzyszyć, a właściwie: pomagać, bo on przecież potrzebuje pomocy. PILNIE.

Ciekawe, czy Orion też do niego przychodzi? Pewnie przychodzi, czasem mu nawet po głowie skacze, ale Apollo tego nie zauważa. Zbyt jest zajęty roztrząsaniem, czy go która nie zdradza. 

Czemu ja muszę to pisać? Powiedziałam: misja. Druga rzecz, lubię to robić. Uwielbiam. Krucy mówi, że wtedy latam. I faktycznie, coś w tym jest. Ale jak to z lataniem: bardzo męczy. 

A ja po chorobie. 

I śmierci. 

Całą tę historię o Koronis przeczytałam w Księgozbiorze. I nie byłoby sprawy, gdyby nie to, że w jednym miejscu natknęłam się na imię krucy. Z początku myślałam, że to jakiś błąd w druku, albo że mi coś w oczach przeskoczyło. 

Ale nie. Widziałam to. I w razie czego mogę pokazać. 

To imię to Nemezis.


* Przyjaźń jest częścią miłości, jest z nią równoważna, więc oszczędziłam sobie w dalszej części tekstu wypisywania dwóch jedna po drugiej, bo to straszny mozół. 

* Nie wiem, czy nie większy mozół był pisaniem tego zdania.

* I tego. 

* Kurwa!

Maweraszia – dusza towarzystwa

Obudził mnie Orion. Psy nie lubią, gdy się zbyt długo śpi. Nie przepadają chyba też za przedłużającym się letargiem wśród biegunów. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że ja wcale nie byłam w letargu. To raczej trans, rozkoszny taniec, wirtuozerska gra na wszystkich instrumentach Kosmosu. Coś wspaniałego. A ten mnie budzi.

Gdy byłam dzieckiem (w sumie nadal jestem dzieckiem), przyśnił mi się magnetofon. Taki prawdziwy, kasetowy. Można było słuchać muzyki, można było też nagrywać! Nagrywało się z radia, ale też z siebie. Kto nie nagrywał swojego śpiewu?! A potem z zażenowaniem nie odsłuchiwał?

No więc śniło mi się, że dostałam magnetofon. Boże, jak się wściekłam po obudzeniu! To tylko sen! To nie fair. To zupełnie nie fair. 

Tymczasem po przebudzeniu naprawdę DOSTAŁAM magnetofon. Najlepszy na świecie, nie jakaś Wilga. Najlepszy. Najprawdziwszy. Dostałam go od Czerwonego Wędrowca. Jeszcze wam o nim nie opowiadałam, ale to tylko z tego powodu, że boję się zacząć. Czerwonego Wędrowca nie da się opisać nawet na bawolej skórze. W ogóle to mam pewne podejrzenia, że Szaman Mako jest z nim jakoś spokrewniony. Tylko jeszcze nie wiem, jak.

Wracając do magnetofonu. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co oznaczają moje sny. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to po prostu proroctwa. Ba. Ja w ogóle nie wiedziałam, że istnieją proroctwa. Wkrótce wyśniłam czyjąś śmierć i wtedy też jakby nie przyjmowałam powagi sytuacji. Dopiero Zara Li wszystko mi wytłumaczyła. 

Jak zwykle odleciałam z tematem, a miałam opowiadać o Orionie. Psy domagają się opieki. Życie domaga się ofiar. Jestem znowu w mieszkaniu Wió! Rzeczywistość mnie dopadła. 

No i stało się. Już mam rozwiązany dylemat ciała. Wió przyszła nie w porę. Akurat dziś, gdy z taką ostrożnością wychodzę z postaci zorzy i wchodzę w rzeczywistość. 

Usłyszałam jak weszła. Wyprostowałam się na fotelu (zdążyłam wygrzebać się z sarkofagu, doceńcie!) Fart, bo akurat miałam na sobie tę czerń cmentarną, a ona zawsze robi wrażenie. Poczekałam spokojnie, aż wejdzie do salonu. 

I weszła. 

I zobaczyła prawdziwą mnie. 

I usłyszała mój kamienny głos. 

Tak niewiele trzeba, żeby ludzi przestraszyć. 

Wió mamy więc z głowy, tymczasem ja nie nadążam z opowieściami, a opowieści mam poważne. Cesarzowa Muślin ze Szczeciny – raz. Rzecz niebywała, drugi po Remusie zaczarowany typek, który stoi (ledwo!) na rogu ulic i sprzedaje (w moim przypadku konkretnie: rozdaje) japońską porcelanę wartą miliardy. Teraz mi przyszło do głowy, że zamiast planować napad rabunkowy, mogłabym ją sprzedać i kupić za nią Pana Demonium. Ale wiem, że gdybym to zrobiła, Cesarzowa Muślin by mnie dopadła w Nadwymiarze Nadwymiarów i zrobiła ze mnie siecz. Sieczą nazywamy pewne masakryczne wydarzenie, stałabym się zatem wieczną wojną, kataklizmem i zagładą po wsze czasy. Dziękulski Stanisław. 

Jestem więc zmuszona do napadu rabunkowego, ale coś mi mówi, że napad rabunkowy w wykonaniu dwóch duchów o łącznym ilorazie inteligencji równym milion – nie będzie stanowić problemu. 

Do Cesarzowej Muślin wrócę, tymczasem kolejna rzecz: byłam w trumnie! To była najdroższa trumna świata, wnętrze (to prawdziwe, nie oglądane przez turystów) piramidy, zaginiony grobowiec Kleopatry. 

Szaman Mako pływał w tym czasie po Morzu Nieistniejącym (Szczecina leży właśnie nad Morzem Nieistniejącym), a mnie skierował pod jakiś podejrzany adres przy cholera wie jakiej ulicy, numer taki i taki. Nie pamiętam. Poszłam przed siebie, kierowana intuicją. I nagle stoję przed wypindrzoną półokrągłą kamienicą z królewskim wejściem. To wchodzę. I widzę własny sen. Portier słaniający się z grzeczności, marmurowe schody, złote okucia poręczy, kapiące kryształem żyrandole. Karingtony. 

Portier daje mi klucze do pokoju 306. A śniło mi się: 9. W sumie pasuje. Idę. Otwieram drzwi pokoju. 

A to jest trumna. 

Grobowiec Kleopatry. 

Żebyście Zarę Li widzieli! Jaka radość! Skakać zaczęła. Widzisz, widzisz? Ze śmietnika tutaj! Widzisz? Widzisz?! Piszczała jak nastolatka. Nareszcie na swoim miejscu. I to jakim miejscu! 

Rozejrzałam się za kobrą, ale spokój. Żadnych węży czy Józefsraliny. Bezpiecznie jak u pana Boga za piecem. Albo (moje ulubione): jak u mamy. 

………………

………………

………………

Przepraszam, musiałam się trochę pośmiać. Już jestem. Rzuciłam się od razu do rysowania, ale po chwili zrezygnowałam. Nie, nie to, że nie umiem. Umiem. Ale jak się jest w takim miejscu, to chce się WSZYSTKO. I zajęłam się wszystkim, ale też nie na długo. 

Bo nagle zrozumiałam, po co znalazłam się w grobowcu. 

Sarkofag jest jak łóżko. Miejsce święte. Moje. Owszem, przychodzą sny, czasem straszne, czasem piękne, ale one są zawsze moimi gośćmi, przybyszami, za którymi schowane są kolejne historie, przyjaźnie, światy. Sny są prorocze, a więc świat w nich to preludium świata rzeczywistego. Czy preludium? A może to jest właśnie właściwy świat, a ten na jawie to jego echo?

Tu, w grobowcu królowej miał mi się pojawić Ktoś ważniejszy, niż wszystkie postacie w moich snach. Wolfgang. 

Kim jest Wolfgang?

Bogiem. 

Pojawia się w snach bardzo rzadko. Do mnie przyszła. Tak, Wolfgang to Ona, nie on. Nie ma takiej możliwości, żeby Bogiem był on. Czemu? To bardzo proste. Żaden facet nie może wydać na świat życia. 

To tak w kwestii formalnej. 

Czyli Ona. Wolfgang. 

Bóg.

Z Bogiem jest tak, że nie wiadomo w jakim języku do ciebie mówi. Ale rozumiesz. Jak nie rozumiesz, to oj. Bardzo słabo. W ogóle to niemożliwe. Chociaż patrząc na obecny świat – niestety. 

Wróćmy do mojego przypadku. 

Po wyhasaniu Zary Li, po moim gorączkowym miotaniu się w celu robienia wszystkiego – zrobiło  się całkowicie czarno. Totalnie. Bez jednego strumienia najmniejszego promyka. Po prostu smoła, czerń, Kosmos. 

I zapłonęło czerwone Oko. 

Oko Boga. To Oko powiedziało swoje imię. Wolfgang. 

A potem powiedziało takie słowo:

Nemezis.

A potem, Boże, nie pamiętam, co było potem. Chyba znów rozszczepiłam się na błękit i szmaragd, bo majaczy mi dylemat, który wybrać kolor. I nagle zobaczyłam oczy. 

I to nie były oczy Wolfgang. 

Poziome, czarne, zapadnięte, demoniczne. Lewe oko wyraźnie okaleczone, czarniejsze, wyzierające z mroku.

Przyjrzałam się tym oczom uważnie, bo coś mi mówiło, że mam je narysować, mam je wam pokazać. Żeby was ostrzec. Nie wiem, przed czym, ale na pewno po coś. Zapamiętałam więc ich wyraz, kształt i już, już miałam wyjść z wizji, gdy coś mnie tknęło, żeby spojrzeć w stronę kryształowego lustra trumny. 

I zobaczyłam, do kogo te oczy należały. 

To był lis. 

Zrobiło się jasno. 

Lis z lustra nie zniknął. 

Jak malowany, a raczej: jak sfotografowany, bo tak dokładny, tak wyraźny, że oczy przecieram. Skrada się. Podchodzi. A oczy ma takie, jak powiedziałam: oczy demona. Prawe czujne, lewe zapadnięte w czerni. Horror z gatunku: naprawdę straszny. Okładka płyty Behemota. 

W pierwszej chwili chcę lecieć po szkicownik. Ale coś (Ktoś?) mnie trzyma przed tą szybą z kryształu, coś mi każe wlepiać w nią wzrok, coś mnie hipnotyzuje. Coś? Ktoś? To lis mnie hipnotyzuje, to lis wdarł się do sarkofagu i teraz wdziera się do mojej głowy. Wślizgnął się do świątyni jak wąż. 

Stoję, patrzę, chłonę jego widok, jego gęste futro, jego miękki chód, jego wzrok w zapadniętych, czarnych, bezdennych oczodołach. I choć obraz w lustrze powstał z jakiejś mgły, z oparów, ten obraz mimo przewiewu wcale nie znikał. Nie bladł ani trochę, przeciwnie – robił się wyraźniejszy i jakby zaczynał z lustra wychodzić! 

I wtedy się przestraszyłam. Automatycznie przetarłam zwierciadło dłonią. Ale demony tak szybko nie znikają.

– Narysuj ją – usłyszałam głos Wolfgang. 

Ją! To ona! 

Chwyciłam za szkicownik i ołówek. Zdążyłam postawić dosłownie kilka kresek. I nagle:

– Maweraszia – słodkim głosikiem przedstawiły się kreski, po czym zaćwierkały: – Priwiet! 

Z miejsca ją polubiłam. Ale miłość jest to niezwykle trudna. Bo Maweraszia jest bajecznie pięknym oszustwem. Przebiegła i okrutna. Piękna i straszna. 

Im dłużej ją malowałam, tym więcej się o niej dowiadywałam. To naprawdę ciekawe uczucie, gdy akt tworzenia pozwala prześwietlać kogoś na wskroś. Kiedy się o kimś chcesz czegoś dowiedzieć, musisz go narysować. 

Maweraszia to jest niezwykły demon. Chodzi tanecznym krokiem, zagaduje, śpiewa. To jest właśnie dusza towarzystwa. W dosłownym tych słów znaczeniu. Wystrojona w czarne rękawiczki częstuje towarzystwo wódeczką. W raju nie ma alkoholu. Posiada go tylko ta chodząca melina. Maweraszia najczęściej urzęduje w WW, tam jest mnóstwo chętnych do zalania swojej czarnej dziury. Czasem jednak coś ją zagna w zaświaty. 

Nie pobiera za swoje kieliszeczki opłaty żadnej. Bierze tylko kawałeczki duszy. Ociupinkę. Troszkę duszy w zamian za kieliszeczek. Nie chcesz kieliszeczka? Nie ma sprawy. Maweraszia ma przy sobie WSZYSTKO.

Co tylko chcesz. 

Wydaje się to opłacalne. Każdy na to pójdzie. Co tam kawałeczek duszy? Przecież nie ma straty. Człowiek nawet nie odczuje. A przynajmniej tak myśli. Bo Maweraszia ma to do siebie, że wraca. Ona wraca po kolejny kawałeczek. Będzie tak wracać, aż zabierze WSZYSTKO. 

Nikt jej nie potrafi odmówić. Wszyscy ją lubią. Uwielbiają. Jej się nie da nie uwielbiać. I Maweraszia to doskonale wie. Dobrze na tym wychodzi. 

Dusza Maweraszi, zlepiona z kawałeczków innych dusz jest potężna i bardzo silna. Niczego się nie boi. Jest tak pewna siebie, że włazi do świątyni samego Boga. I nikt jej nie powstrzyma. 

Nawet Wolfgang.

PS. Jest tylko jedna potęga, która może powstrzymać Maweraszię. Nazywa się Nemezis.

Nie bladła ani trochę, przeciwnie – robiła się wyraźniejsza i jakby zaczynała z lustra wychodzić…

Góra Przeznaczenia

– Północ. Zaczął się dzień Oriona. Tak nazywa się ten pies. Orion. Biały Krystaliczny Pies. 

Powiedział to jakoś tak, jakby mówił w innym języku, a przecież wszystko zrozumiałam. Nie wiem, co to za język. Przychodzi mi do głowy tylko jedno określenie: introligatorski. Nie każcie mi tłumaczyć, nie mam czasu. Jestem właśnie NIE WIADOMO GDZIE, nade mną jakiś zarośnięty facet w piórach opowiada coś po INTROLIGATORSKU, nie wiem, czy żyję, czy właśnie umarłam po raz drugi (a już pierwszą śmierć ledwo przeżyłam!), brak słów. 

  • Co ja tu robię?
  • Leżysz. 

Niezły ten język. Muszę się nauczyć. 

  • Ale konkretnie! Skąd się tu wzięłam? 
  • To nie jest konkretnie, ale dobra. Przyniosłem cię z lasu. A właściwie z góry. Z Góry Przeznaczenia. 
  • Co ja tam robiłam?
  • Leżałaś. 

Zaczynam się zakochiwać w tym języku. 

  • Ale skąd ja się tam wzięłam?!
  • A tego to nie wiem. 

O. 

I teraz klatka po klatce, jak faktycznie podczas śmierci: skąd ja się tam wzięłam? Myśleć, myśleć, myśleć. Ten tu na pewno wiem, tylko głupa pali. Ukrywa!

  • Ja się ciebie nie boję, gadaj skąd ja się tam wzięłam! 
  • Nie wiem. Musiałbym chwilę pomyśleć. 
  • To myśl!

Ale jestem zła. Zaraz wstanę i mu dokopię, serio. Albo nie wiem, co zrobię, zabiję chyba. Introligatorski się napatoczył. Zaraz mi tu wszystko wyśpiewa!

– Poszłaś na spacer do lasu. I wlazłaś na górę. Ot i cała tajemnica. Wielka. 

Teraz to już go nienawidzę. Aaaaaa. Wrrrr. Wr. Oddychaj. Oddychaj. Oddychaj. 

Mógłby się ogolić. To by nie zaszkodziło z pewnością. Żebym go nie zabiła. Boże, po jakiemu ja teraz mówię? Po introligatorsku na pewno nie! Ten język to raczej całkowite przeciwieństwo introligatorskiego. Muszę pomyśleć. Jezu, nie mam czasu.

  • Co to za góra?
  • Góra Przeznacze…
  • A JAKIM PRAWEM POGRYZŁ MNIE TEN PIES, DO CHOLERY!?!??!?!?!

No nareszcie. Nareszcie go mam. Teraz mi się nie wywinie. Pełna przemoc. Przekroczenie wszelkich zasad. Na szczuje się ludzi psami. Kobiet zwłaszcza. Po chorobie. I śmierci. 

  • Nie pogryzł.
  • Rzucił się na mnie! Z agresją! 
  • Nie rzucił się, tylko przeskoczył. Ciebie. Przeskoczył cię. 
  • To dlaczego upadłam?! I jak uważasz: LE-ŻA-ŁAM?!
  • A tego nie wiem. Prawdopodobnie się przestraszyłaś i zemdlałaś. 
  • Pięknie. 

Usiadłam w kucki, podparta łokciami po szyję. Ładne klocki. Nadwymiar. A tak samo jak na Ziemi. Nic się nie zmieniło. Tak się traktuje kobiety w całym wszechświecie. 

  • Na Górze Przeznaczenia nie wolno się bać. 
  • A kto mi zabroni? Jak na mnie pies skacze? Wściekły. 
  • Nikt. Tylko jak się ktoś boi to LEŻY. 
  • A. 

Podsunęłam bliżej stopy na wszelki wypadek. Bo z niedźwiedziem mam chyba do czynienia. Nie wiem, czy on w ogóle kiedyś widział żyletkę. Golarkę. Maszynkę… Czy coś. 

  • Nikt tam nie chodzi. 
  • Czemu?
  • Bo ludzie się boją. 
  • Czego?
  • No właśnie tego. Przeznaczenia. 
  • To ten pies to przeznaczenie?
  • Nie. 

I się roześmiał. Po raz pierwszy zobaczyłam jego zęby. Coś jak kły, serio. Ale ładne. Nienawidzę go. 

  • Ten pies to Orion. Tak się nazywa. Ucieszył się, że zobaczył Ciebie, bo to znaczy, że jesteś jego przeznaczeniem. 
  • No super. Jestem przeznaczeniem psa. 
  • Super jest być czyimś przeznaczeniem. 
  • To czego się boją ci ludzie?
  • No przecież już mówiłem. Przeznaczenia. 
  • A co w nim jest takiego strasznego?
  • Nie wiem. 

Dziwny ten język. Serio. Ale fascynuje mnie. Zaczyna mnie to wkurzać. W sensie, że fascynuje. To mnie wkurza. I że nie wiem czemu, też. W ogóle jestem wkurzona. 

Wrr. 

  • Jak to: nie wiesz?! To co ty w ogóle wiesz?
  • Wiem wszystko. Tak ogólnie. Ale pewnych rzeczy nie wiem od razu, muszę pomyśleć. Jak pomyślę, to już potem wiem. 
  • To pomyśl. 
  • O czym?
  • CZEGO CI LUDZIE SIĘ BOJĄ?!
  • No przecież ci powiedziałem: przeznaczenia. Boją się poznać swój los z wyprzedzeniem. To ich przeraża. Boją się tego i już. Ale nie wiem, dlaczego. 
  • A na tej górze można to zobaczyć?
  • Co?
  • Swój los. Jezu. 
  • No tak. Tam wszystko widać. Z tej góry. 
  • Ja tam nic nie wiedziałam. Tylko tego psa wściekłego. 
  • No to twoim przeznaczeniem jest wściekły pies. 
  • Co?! 
  • No tak. 

Jakie zasady są w Nadwymiarze? Można kogoś po kryjomu zabić? Przecież nikt mnie nie widział. Tylko jakaś Nemezis… Chyba. Albo i nie. Bo napisane było tylko. Chyba w krzakach nie siedziała, co? Zabiję go i po zawodach. Uduszę. 

  • Uduszę cię. 
  • Nie sądzę. 
  • A ty skąd wiesz?!
  • Już ci mówiłem. Wiem wszystko. 
  • I to co będzie też?
  • Tak. 
  • To tamci się boją wejść do lasu, a ty po prostu wiesz?
  • Tak. Dlatego też nie boję się wejść, jak mówisz: do lasu. 
  • A. 

Teraz to już nie wiem. Chciałabym się dowiedzieć, ale denerwuje mnie ten introligatorski. Poleżę sobie. Popatrzę na zegar. 

  • A gdzie ja jestem w ogóle!?
  • No tu. 
  • Gdzie: tu?!
  • No w pokoju. 
  • W jakim, do cholery, pokoju?!

I właśnie w tym cudownym momencie zorientowałam się, że widzę rajską komnatę, w czwartym wymiarze mieszkania Wió na własnej kanapie leżąc. 

– CO TY ROBISZ W MOIM MIESZKANIU?!!

Mogłabym tak jeszcze długo opowiadać. Bardzo długo. Ale nie mam czasu. Jestem potwornie zajęta przypominam sobie, co zobaczyłam na Górze Przeznaczenia. Oprócz wściekłego psa oczywiście. Powiem więc w skrócie. Introligatorski zarośnięty to jest szaman. Dlatego wie wszystko. Więcej o nim napiszę niedługo. Pa!

Wilk, czyli Hund

Jestem tu kolejny dzień. Jedyna osoba, którą tu spotkałam to pies. Hm, „spotkałam” to może niewłaściwe określenie. Raczej: stwierdziłam obecność. Tak, stwierdziłam obecność psa. Oczywiście, stwierdziłam obecność jeszcze KOGOŚ, ale to zupełnie inny kaliber. Ten Ktoś to jest absolut, Głos słyszany zewsząd, Prawda widziana wszędzie. No i ten Ktoś powiedział mi o psie. Kurcze. Nie. Nie powiedział. Powiedziała.

Powiedział/powiedziała. Albo: powiedziała/powiedział. Albo jeszcze inaczej. Napisała.

Napisałam.

To było tak. Dostałam pierwsze zadanie w Nadwymiarze. Mówiąc „pierwsze”, też nie jestem zbyt ścisła. Jest to pierwsze i kolejne zarazem zadanie, tak jak liść na łodydze – każdy jest pierwszym i kolejnym.

No więc dostałam zadanie. Napisać wypracowanie. Jak w szkole. Wypracowanie na temat przyjaciół. Coś w rodzaju próbnej matury z polskiego, tylko że nie po polsku. Bo z językiem też kosmos. Może to kogoś zdumiewać, ale tu, w zaświatach wcale nie mówi się po polsku. Język polski nie obowiązuje. A nawet: nie istnieje.

W Nadwymiarze mówi się językiem, który nazwę w skrócie: HOPI. To zupełnie inny rodzaj porozumiewania się, niż znacie z WW. Hopi polega na wymianie informacji pochodzącej z wnętrza. Hopi niczego nie określa i nie ocenia. Hopi jest wyrazem procesu. Wszystko się dzieje. W bezpośrednim tłumaczeniu więc zdanie: „Ja jestem” brzmi: „Ja się dzieję”.

I to dzieję się obrazami.

W języku hopi jest pewna pułapka. Nie da się kłamać. Po prostu nie ma takich narzędzi. Ale do tego jeszcze wrócimy. Tymczasem: wypracowanie. Ja nie znam jeszcze zbyt biegle języka hopi, a mam coś tu napisać o przyjaźni. Biorę więc pióro (krucze! – takie mi dano), oddaję się całkowicie intuicji i piszę, a raczej czytam, co spod pióra się wyłania:

Их хабэ кайн Фройнд. Их хаб’ дас ин Монтаг бекантмахт. Аба их хабэ айн Хунд.

Tak właśnie dowiedziałam się o psie. A może: wilku?