Pani K.

Znać, że koleżanka Pana Demonium?

Gdybym była Ammą, rzekłabym „po moim trupie”. Ale na szczęście śmierć mnie nie dotyczy.

Chyba że mała.

Wracając do Pana Demonium: nikomu go nie oddam. Koniec tematu. Żadnych wymianek, zamianek na inny klejnot, żadnych tańszych kamieni. Cokolwiek bym na jego miejsce przyjęła, miałoby imię: Pani K.

Nie ulegam. Droga „koleżanka” nigdy więc koleżanką nie będzie, mało tego – w ogóle jej nie będzie. Pamiętacie Enemwu, Nieistniejącego Męża Wifi? Pierwszy bohater literacki, którego nie ma. Pani K. jest pierwszą taką bohaterką. Przywitajmy ją należnym nieistniejącym bohaterom milczeniem. I nie wymagam minuty, wystarczy sekunda. Sekunda milczenia to już coś, zwłaszcza w dzisiejszym świecie.

Diamenty. Dlaczego: are a girl’s best friends? Bo są. Ich istnienie jest prawdą. Prawdą, aczkolwiek mniej korzystną jest także ich brak. Druga sytuacja jest bardzo daleko od OK. Nie wiem, czemu tyle kobiet się na nią zgadza.

Żeby nie było (bo zaraz będzie!): – inne kamienie też się liczą. Szafir jak najbardziej. Rubin. Szmaragd. Rzecz w tym, że są to kamienie drogocenne. A drogocenne, znaczy: DROGIE. Zwłaszcza dla niego.

Dobry przyjaciel to ten, który powie prawdę. A Pan Demonium mówi bezustannie. Gubisz diamenty, gubisz przyjaciół. Fakt. Ale przecież jubiler wyjaśnił. On się czyści. Odrzuca kamienie, które nie pasują. I bardzo dobrze. Czyż można się doszukać sensu w noszeniu nieczystych diamentów? Na cholerę dźwigać kaprawe towarzystwo?

Jeśli bym oddała Pana Demonium, nic więcej bym się nie dowiedziała. Tkwiłabym z Panią K. w brązowej strefie i tylko to widziała, co w brązowej strefie bywa.

Nie diamenty.

Pani K. Noemi Susenbach

Znikające klejnoty

Pan Demonium – wysadzany diamentami zaręczynowy pierścionek z rubinem – wciąż gubi kamienie. Subiekt, który je uzupełnia, tłumaczy, że to normalny proces. Że on się czyści. Być może. Ale moja teoria jest inna.

Od dawna już mam do czynienia z tak rozkapryszonym precjozum. W postaci Ammy. Jest to ten typ charakteru, który gotów wypstrykać się z własnej wartości tylko po to, żeby się z nim nieustannie cackano. I teraz w kółko problem, bo przez wnękę międzywymiarową się trzeba przedzierać, tam zaraz o maseczkę afera, cyrk. Bo przecież nie wystarczy być. Spokojnie sobie lśnić, nic nie robić, trwać, zachwycać? Nuda. Tu potrzebny jest pisk, żal, dramat, epidemia.

Bad, bad news

Universe is gonna lose.

Od kiedy mam Pana Demonium, dzieją się rzeczy wszeteczne. Nikt nie widzi związku? A imię? Nie muszę wszak stałym Czytelnikom tłumaczyć, kiedy się pojawił i co się potem stało. Tymczasem on wciąż się sypie! Wciąż gubi brylanty, jakby wysyłał znaki tajemne, że to jeszcze nie koniec, to jeszcze nie TO.

Przyszedł Szatan Kometa. Obejrzał klejnot i mówi, dajcie spokój. To jakaś klątwa, przekleństwo. Trzeba go oddać subiektowi i w zamian kupić, kochani, bursztyn.

Mnie od razu oczy błysnęły. Plan został więc zatwierdzony, a było to dawno. Podkreślam, że było to dawno, jakiś czas temu. Proszę zwrócić uwagę. Dwa pewniaki. Chęć posiadania nowości i ogólna zgoda co do słuszności decyzji.

I nic.

Pan Demonium nadal się szczerbi z mojego palca. Za cholerę nie mogę się przedrzeć przez wnękę wymiarową, za diabła nie mogę spełnić planu. Powody są różne. Ale największy, najpoważniejszy, najbezwzględniejszy z nich to to, że mi się nie chce. Nie chce mi się łazić po żadnych głupich galeriach, żadnym rozhisteryzowanym ochroniarzom nie chcę odpowiadać na pytanie: gdzie maseczka? Ba. Nie chce mi się nawet palca pokazywać.

Ostatnio wymyśliłam, że będę nosić hidżab. Kultura pokazuje wyraźnie, że to skutkuje dystansem. Nie podejdą, będą się bali ISLAMU. Dla mnie: bomba. Nomen omen. Przez ułamek sekundy nawet kombinowałam, jaki kolor chusty itd. Z rozbawieniem wyobrażałam sobie, co by powiedział Czerwony Wędrowiec widząc mnie w hidżabie.

Ha, ha, ha, ha, ha.

Przepraszam, ale nie mogę.

Ha, ha, ha, ha, ha, ha.

Zrobiłabym sobie selfie, serio. I wysłała.

Ha, ha, ha, ha, ha.

ISLAM.

Fala upałów odwiodła mnie jednak od tego rozwiązania. Wpadłam więc na inne. Ochroniarz już, już chce się dowalić, a ja tymczasem płynnym włoskim odpowiadam, że non capisco, nicht verstanden. Prawdopodobieństwo, że ochroniarz zna jakiś język jest nikłe.

Ale i tak nie poszłam.

Nie ruszę się stąd, dopóki nie zgadnę, o co chodzi tej nieutulonej dzidzi. Może właśnie o to? Może przenikanie zimnym światłem jest celem? Lodowata energia spolaryzowanego węgla mrozi moje emocje, fraktal symetrycznych wiązań zamyka mnie – rozedrganą – w krysztale. A sypiące się kamienie mówią: JESTEM. Bo gdyby się nie sypały, kto wie, może już bym o nich zapomniała? Na umywalce zostawiła w Sopocie, jak tamten dziecięcy pierścionek, co był tak maleńki, że wpadł do zlewu i popłynął hen, daleko w nieodgadniony rejs?

Dostałam go przed laty od Czerwonego Wędrowca. Kupił na straganie przy plaży. Pierścionek miał oczko bursztynowe i srebrne płatki wokół. I kilkuletnią, pyzatą właścicielkę. A potem: rozrywające serce pożegnanie.

Spieszmy się kochać klejnoty, bo tak szybko odchodzą.

Znikające klejnoty. Noemi Susenbach

Małe życie

Pamiętacie, jak mówiłam, że Pan Demonium się sypie? Zgubił w sumie cztery diamenty. Subiekt kulił się, jak kolejny raz wchodziłam z reklamacją (to było jeszcze grubo przed zarazą), ale zachował zimną krew. W tej chwili jest ze mną (Pan Demonium, nie subiekt) i milczy. Nic więcej nie chce powiedzieć. Rozumiem go. Najważniejsze już wiadomo. Chociaż czuję, że to nie wszystko. Że to dopiero początek.

Preludium.

Tymczasem na mojej Arce nadal wieje pustką. Owszem, mam dobre informacje: dwie osoby dołączyły do mojego kursu. Jedna z nich, Czerwony Wędrowiec, w ogóle mnie nie zaskoczyła. No, może trochę. Czerwony Wędrowiec zwykle przejawiał nietłumioną histerię wobec wirusów i bakterii, miałam więc lekkie obawy, że w obecnej sytuacji zwariował i przepadł w odmętach. Ale nie. Jest na stanowisku, trzyma ster i wygląda na ocalonego. Zajada się czosnkiem i mówi tak:

– Dajcie mi no tu tego wirusa! Czekam! Doczekać się nie mogę! Ha!

Druga postać jest kontrowersyjna. Trudno mi o niej pisać. Zdradzę tylko, że jest nią kobieta. Kobieta tak samo mi bliska jak daleka. Nazywa się Amma.

W chwili, gdy do mojej Arki dotarły wysyłane przez bezkres Oceanu Pomarańczowego sygnały, Amma była w rozsypce panicznej. Usłyszałam, że na mapie świata pojawiły się dwie dodatkowe czerwone kropki i jedną z tych kropek, według Ammy, stanowię ja. To się nazywa wiara w człowieka.

– Spokojnie, Amma, ja już dawno nie jestem człowiekiem. Nic mi nie grozi.

– Chlip, chlip!

Tego rodzaju rozmowa. Tymczasem dziś rano o piątej (!!!) budzi mnie Wifi, a budzi, kochani, łażąc mi po głowie, więc sprawa musi być poważna. Otwieram oczy i stwierdzam dwa fakty. Pierwszy jest taki, że leżę w kałuży gorączkowego potu. Drugi: mam powiększone węzły chłonne.

I teraz analiza. Bo przecież od miesięcy jestem sama jak palec, a raczej: jak trup. Nikt mnie nie odwiedza, z nikim się nie spotykam! Arka pływa samotnie po oceanie, a najbliższe sąsiedztwo pokoju dziennego oddalone jest o conajmniej jedno pokolenie. Jak więc do tego doszło!? Ten niespokojny orzeł: No? Wifi? Szaman? Wszystko wykluczone. Orzeł lata w górze, nie schodzi w rejony ludzkie, z nikim się nie brata, rzadko się odzywa. Do szkoły nie chodzi. Wifi to z kolei kot, zwierzę samotnicze, jeszcze bardziej wyobcowane. Jedyne żywe stworzenia, z którymi ma kontakt to świeżo wyklute sroki. I No.

Szaman z ludzkością ma niewiele wspólnego. Więc kto?

Ziarno! Ziarno się rozsypał, tak jak Pan Demonium się pogubił!

Ale Ziarno też się trzyma z daleka. Pisałam już, doczepił swój kantor do mojej Arki, pływa na dystans i wszelkie drogi kropelkowe między nami toną w Pomarańczowym Oceanie.

Czyżbym stanowiła to zarzewie, które tak trudno jest pojąć? Zarzewie wzięte znikąd? To jak kwestia stworzenia, ta odwieczna zawiłość powtarzana często przez dzieci: „ok, świat stworzył Bóg, ale kto, u diabła, stworzył Boga?!”.

Rzecz prosta, choć niepojęta. A wystarczy narysować koło. Bóg, a raczej świat się stworzył sam z siebie, tak jak ja teraz tworzę sama z siebie nie tylko tę baśń, ale także wirusa, który mnie w nocy atakuje naiwnie i ślepo, bo z motyką na Słońce się porwał.

Niemniej sprawy się komplikują. Bo teraz za cholerę na Arkę nikogo nie ściągnę. Teraz to już nawet nie chcę. Wszak nie lubię tłumów. A do samotności naprawdę da się przyzwyczaić. Tym bardziej, że ludzkość stanowi towarzystwo, jak obserwuję, mało wymagające intelektualnie. A towarzystwo mało wymagające intelektualnie to gwarancja nie tylko potężnej nudy, ale też mozołu. Bo trzeba to ZNIEŚĆ.

Dziękuję bardzo.

A te Chiny to też wiadomo było. Pan Demonium mi powiedział. Zresztą, Ameryki nie odkrył. A potem zaczął się gubić. Zgubił cztery diamenty. Co to oznacza? Na razie nie wiem. Ale się dowiem. Przy okazji, ktoś napisał na Facebooku, że coś tam skandal, bo jakaś baba w tramwaju jechała i zarażała. Rzecz jasna, ten kto to pisał również jechał tym tramwajem, ale za żadne skarby świata przecież nie zarażał, bo jest fajowym użytkownikiem Facebooka, a nie jakąś okropną babą. Najgorsze jest jednak to, że teraz nie wie, czy od baby nie złapał.

Pocieszające jest to, że się dowie.

Ale zanim się dowie, czas stanie. Ten marazm nie potrwa długo. Wkrótce nastąpi wybuch. To dobra wiadomość dla wszystkich żon, które z całego serca codziennie kombinują małą ucieczkę z domu do koleżanki (fitness, depilację, gdziekolwiek!), ale teraz nie mogą, bo kwarantanna.

To też świetna wiadomość dla wszystkich mężów, którzy za każde pieniądze wolą pracować, biegać maratony, trymować brody, niż pobyć z dzieciakami. Tym bardziej, że słowo „pobyć” nie jest niestety równoważne z wypowiedzeniem zdania: „Co w szkole?”

Można by utyskiwać teraz, że straszna szkoda, że nie zauważają, co jest ważne i tak dalej. Bez przesady. Zauważają. Nikt nie ośmieli się przecież podważyć ważności zarostu na twarzy w czasach, gdy osobnik tego samego gatunku depiluje całe ciało do ostatniego włoska. I to JEST ważne.

Niech sobie będzie. Bo małe życie, jak powszechnie wiadomo od kilku dni – samo się obroni.

LOL.

PS. Jeśli chodzi o przepowiednię, chętnie się podzielę. Będzie jak będzie.

PS2. Ewelement! Na śmierć zapomniałam!

Mam go!

Pana Demonium. 

Każde zdanie jest tu teraz nie na miejscu, dlatego pomijam je milczeniem. Nie wiem, czy mój zachwyt jest dostatecznie radosny, czy może trochę podszyty przerażeniem? Próbowałam sobie zrobić selfie, a że w Nawymiarze selfie jest zabronione (chyba że analogiem) – mogłam jedynie siebie narysować. 

Nie wiem, czy to takie „jedynie”, biorąc pod uwagę czas, nakład pracy oraz to, co nazywamy twórczym zmaganiem – podczas gdy selfie robi komórką każdy debil. Przy okazji. Ostatnio, widząc No na deskorolce, wyraziłam coś w rodzaju podziwu, że się nauczyła, w sumie nawet nie wiem kiedy, a ona:

– Każdy debil potrafi jeździć na deskorolce. 

Poczułam się wyjątkowo. Ja nie umiem. 

Wracając do Pana Demonium. Mam go. Ha, ha, ha. Z pewnością chcecie wiedzieć, skąd go mam i w ogóle. Scenariusze są dwa. 

Pierwszy leci tak: 

Szaman Mako wrócił z mórz. Zobaczył moją minę pod tytułem: ile do cholery można czekać?! Zadecydował, dobra, idziemy po pierścionek. Pokonujemy Wnękę Międzywamiarową (to już dla nas betka), idziemy do WW. Tam, niestety, są takie zasady, że rządzą pieniądze. My pieniędzy nie mamy. Ale od czego jesteśmy duchami? Wystarczy, że ukryjemy się pod peleryną niewidką od Nemezis. Tylko że ja, wychodząc z domu, na śmierć zapominam o pelerynie Nemezis. 

Szaman za to niczego nie zapomina. Wyciąga z plecaka pelerynę, chowamy się oboje pod nią, wchodzimy do jubilera. Ale to bez sensu plan, bo przecież sami pod tą peleryną nie wyjmiemy zza pancernej szyby pierścionka. Musimy być widzialni. I normalnie trzeba poprosić subiekta o pierścionek, wtedy dopiero możemy się ukrywać. Czy jakoś tak. Zdejmujemy więc pelerynę. Subiekt w słup. Nie było ich, nagle są. Szaman jest małomówny, ja wręcz przeciwnie, zaczynam więc paplać, że poproszę, na imię Noemi, odłożony, czy mogę przymierzyć, ładna pogoda dzisiaj. 

Facet odwraca się po pierścionek, my z Szamanem szybkie spojrzenia porozumiewawcze, mówiące nie wiadomo co. 

– Co?

– Nic!

– Co mówisz?!

– Nic nie mówię!

– Zachowuj się normalnie!

– Normalnie się zachowuję!

– Dobra, cicho!!!

Subiekt wraca z Panem Demonium. Już z daleka widzę jego blask. Mój! Mój! Mój! Krzyczę całą duszą. Facet mi go wręcza, ja zakładam na palec i w długą. Zapominam nawet o pelerynie, która zostaje w rękach Szamana, który zostaje w rękach policji. 

To ostatnie dochodzi do mnie dopiero za Wnęką Międzywymiarową, gdzie pojmuję, że kosztem pierścionka jest MIŁOŚĆ*.

Drugi scenariusz. 

Lecę do Nogiłóżki. Do Wiednia. Patrzę z meteorytu na wschód Słońca. Od cofającego się Księżyca odrywa się nagle ułamek ostrza księżycowego sierpa i leci przez granat nieba. Życzenie! – myślę sobie i oczywiście je wypowiadam:

– Pan Demonium.

Życzenie spełnia się, lecz nie od razu. Muszą być koszty. 

Jak wiecie, ląduję w Wiedniu, spotykam Nogiłóżkę, wybieramy się na Día de Muertos. Pindrzymy się, stroje, makijaże. I nagle zalegamy jak martwe na trzy dni, aż do nowiu w Skorpionie, który mrokiem wypełnia resztki naszych żyć. Demony! Demony! Zrywam się cała mokra z kamieniami w brzuchu, a Nogiłóżka stoi nade mną w czarnym płaszczu i kamiennym głosem orzeka, że odchodzi. 

– Ktoś musiał zapłacić za twoje życzenie. Księżyc wybrał mnie. 

– Dlaczego nie mnie? – dziwię się. – Przecież to mój pierścionek! 

– Też nie rozumiem – rzuca chłodno obrażona Nogiłóżka i znika. 

A potem znajduję na schodach wiedeńskiej kamienicy skrzydła Nemezis i zaczynam rozumieć tę grę. 

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność. To psychopaci. Za ich wybór, a raczej – za mojego farta, dostaję jeszcze nagrodę. Mam skrzydła. Mam Pana Demonium. 

Ale nie mam przyjaźni.

Który scenariusz jest prawdziwy?


* I, kurde, peleryna!

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność

Całun Wiedeński

Pamiętacie, jak wybierałam się na Día de Muertos? No to się wybrałam. I zaliczyłam trzydniowy zgon, jak znany wam skądinąd niejaki Jezus. 

Zaczęło się od lotu kosmicznego, podczas którego zobaczyłam wschód Słońca z tamtej perspektywy. I gdybym tylko mogła strzelić fotkę w kosmosie i wam ją pokazać – nie musiałabym już niczego pisać. Ale. Ani nie wolno mi strzelać tu żadnych fotek, ani nie wolno mi przestać pisać. 

Może to wam się wydawać dziwne, ale w Nadwymiarze absolutnie zabroniona jest jedna rzecz. Strzelanie fotek. Nie wolno. Czemu? Już wyjaśniam. Zdjęcie zabiera duszę. Nie tak jak Maweraszia – po kawałeczku. Nie. Zdjęcie pozbawia ciała duszy, która umyka diabli wiedzą gdzie i potem bardzo trudno ją odszukać. Dlatego właśnie Indianie nie pozowali do zdjęć. Chyba że pod przymusem, co zresztą do rzadkości nie należało. W sensie: przymus wobec Indian. 

W Waszym Wymiarze zdjęcia są na porządku dziennym. Ich potęga nie zostawia nawet szczątków dusz, wojna już dawno została wygrana. Albo raczej: przegrana. Na jedno wychodzi. Tam, gdzie wygrywa jedna strona zostawiając drugą na dnie klęski – przegrywają obydwie. Zawiłość ta stanowi duży problem i jest odpowiedzialna za upadek ludzkości. 

A przecież to proste. 

Niemniej – wracając do fotografii – w wymiarze, gdzie ciało JEST, kwestia zabierania duszy przez migawkę aparatu może stać się niedostrzegalna. Pstryk i nic się nie zmieniło. Inaczej jest w Nadwymiarze, gdzie dusza z ciałem jest nierozerwalna i nie ma możliwości jej zabrać, a ciała zostawić. 

Mam nadzieję, że wyrażam się jasno. Chodzi o to, że tu, w Nadwymiarze JEST przede wszystkim i na pierwszym miejscu (drugiego miejsca nie ma) – DUSZA. A ciało sobie jest lub nie, to zależy od życzenia duszy. I jeśli, na przykład, wstanę rano z sarkofagu i pomyślę: a, chciałabym być jednak krukiem, człowiek mi się znudził – trach, mam pióra i wznoszę się z Krucym pod niebo. Boże, nie mówiłam wam o Krucym! Krucy to mój kruk osobisty, podobnie jak Wifi jest moim osobistym kotem. I jeśli mam rano ochotę z nią popolować na ważki – przybieram postać kota o imieniu Sechmet. 

Czyli lwa. 

Bo taki jest mój zwierzęcy awatar. 

Ptasi awatar to kruk. Nie znam jeszcze jej imienia.

Awatarów jest nieskończona ilość. Kiedyś mnie pewien redaktor telewizji gnębił za kićkanie policzalnych i niepoliczalnych rzeczowników. Nie mam pojęcia, czy napisałam prawidłowo. Bo jak nieskończona, to czy policzalna? Jeśli mnie czytasz redaktorze Avalanche – napisz w komentarzu. Jeśli znajdziesz miejsce na komentarz. 

Awatarów jest liczba nieskończona. 

Jak zwykle zapomniałam, o czym pisałam. A, zdjęcia. No więc w Nadwymiarze jest zabroniona tylko ta jedna rzecz. Nie wolno nikomu robić zdjęć. Grozi to utratą świadomości, co jest tak sprzeczne z nadwymiarową matrycą, jak dzielenie przez zero. 

Nie można pozbawiać nikogo istnienia. 

No więc nie mogę zrobić zdjęcia wschodowi Słońca z kosmosu, bo zlikwidowanie Słońca załatwiłoby jednym ruchem rozpirzenie w miał całej rzeczywistości, w której mam przyjemność fruwać meteorytem. 

To chyba bym musiała kompletnie zdurnieć. 

Na marginesie tylko wspomnę, że w WW sytuacja opisana powyżej jest normą. 

Całe szczęście, nie muszę tego rozumieć. 

Wschód Słońca z kosmosu wygląda tak. Niebo jest czarne. Z czerni przechodzi w głębokie indigo, taki smolisty granat. I tu nagle: czerwień. Pod czerwienią dzieją się rzeczy podobne do zjawiska tęczy, mianowicie światło rozszczepia się przez pryzmat atmosfery i rozkłada swój niezwykły wachlarz barw. Tylko że tęczę widzimy na jasnym niebie, a to tutaj jest utopione w czerni. W promieniach czarnego światła. 

Na czerni nieba akurat świecił łuk Księżyca, tak cienki, jakby nakreślony piórem. Z jego lewej strony, od grzbietu oderwał się okruch i świecąc niczym gwiazda spadł malowniczo w otchłań kolorów. 

Pomyślałam od razu: życzenie! Ale żadne życzenie nie pojawiło się w mojej głowie. Ani wtedy, ani teraz, gdy to piszę. 

Ani teraz, ani wtedy… 

Przecież ja strasznie chciałam Pana Demonium! Strasznie!

Dlaczego nie wypowiedziałam tego życzenia?!

Jestem bardzo zmęczona. Spędziłam trzy dni w grobie w samym sercu tak straszliwego miasta jak Wiedeń. Mówiłam już, że Nogiłóżka mieszka w Wiedniu. Wiedeń to wielka trumna tego świata. Miasto przerażonych zombie. Serio, wolę już Szczecinę. Tymczasem ledwo uszłam z życiem wybierając się do Wiednia na Día de Muertos. 

W Wiedniu mówi się po enerdowsku. To jest język zbliżony do introligatorskiego, ale nim nie jest. Austriacy są tak oryginalni, że nie wymyślili sobie własnego języka. Jestem duszą, bez trudu mogę się porozumiewać w różnych językach, ale introligatorski – delikatnie mówiąc – nie jest moją mocną stroną. Jak więc mam z czegoś, co nie jest mocną stroną, zrobić stronę jakąkolwiek? Nogiłóżka mieszka w Wiedniu już któryś tam rok i nadal nie posiadła tej sprawności. 

Podsumujmy. Jesteśmy duchami. Przemykamy wśród monumentalnych kamienic z niepojętymi enerdowskimi napisami i nie znamy języka. Wyglądamy, jak wyglądamy, tak jak mogą wyglądać duchy. 

Ja cała w czerni, ona cała w czerni. Jakbyśmy zapomniały, że istnieją inne kolory. Jakbyśmy umarły. 

Ha, ha, ha. 

Dobra. Jedyne wyjście, to atak. Bierzesz wiedeńczyka i kamiennym głosem z głębokim oburzeniem przemawiasz jak umiesz, czyli po introligatorsku z akcentem HOPI: 

– Wo hast du Deutsch gelernt?!

No i pozamiatane. Więcej cię nie zaczepi. A my suniemy przed siebie do peruwiańskiej knajpy, żeby Nogiłóżka mogła choć trochę uszczknąć od Maweraszii*, a tak naprawdę: choć trochę pogadać w języku Majów.

Wszyscy tęsknią do Majów. Wy jeszcze tego nie wiecie, ale tu, w Nadwymiarze świadomość jest nieco inna. Opowiem to kiedy indziej, tymczasem muszę zamknąć tę opowieść. A już naprawdę przewracam się na plecy. 

Przyleciałam do tego Wiednia nad ranem, Nogiłóżka odebrała mnie z lotniska, zaszłyśmy na drinka do peruwiańskiej, a potem poleciałyśmy do twierdzy Nogiłóżki. Tam wypiłyśmy czerwone wino. Potem się ładnie ubrałyśmy (na czarno) i pląsając niemrawo – zamiast pójść na imprezę – złożyłyśmy się do trumny. 

Na trzy dni.

Trzeciego dnia, a raczej: trzeciej nocy przyszedł nów. I to był nów w Skorpionie. Najmroczniejszy ze wszystkich. Obudziłyśmy się o czwartej nad ranem w kulminacji nowiu. Obie w agonii. Tak, tu rzeczy dzieją się odwrotnie. Najpierw śmierć, potem agonia. No więc wiję się z bólu, w brzuchu mam kamienie, umieram. Ona też umiera, w swoich cichutkich nogiłóżkowych męczarniach. 

Umieramy długo, kilka godzin. Wreszcie zasypiam. Śnię. Jestem w jakiejś sali, prowadzę spotkanie autorskie. Na przeciwko siedzi moja kuzynka od strony ojca. Chcę dać jej kamień. Patrzę na nią i wołam po imieniu: – Klaudia!

A ona wstaje i poprawia mnie: Maria. 

Maria to jej matka. Moja chrzestna.

– Kim jesteś Noemi?

Budzę się mokra od potu. Jest mi zimno. Nogiłóżka stoi nade mną. Ubrana na czarno.

– Wychodzę. 

– Żyjesz? – dziwię się. 

– Nie sądzę. Spodziewaj się najgorszego. 

– Czekaj! Muszę cię uwiecznić. Ale nie mam siły rysować…

– To potem. 

Powiedziała to tak spokojnie… i znikła. A ja wstałam. Z bólem, ale bez lęku. Zabrałam swoje czarne, imprezowe ciuchy i pojechałam metrem na lotnisko. Tam, czekając na swój meteoryt, wymalowałam ten całun. I choć lotnisko jest doskonałym miejscem dla Nogiłóżki, jej samej oczywiście tam nie było. Nie dziwcie się, Jezusa też nie było, gdy Weronika oddała mu całun. 

Całun ma to do siebie, że odbija obrazy dawno już nie istniejące. 


* tak naprawdę: przede wszystkim uszczknąć od Maweraszii.


PS1. Mam ten pierścionek. 

Całun Wiedeński

Pan Demonium

Jezu, co za historia! Z jakim finałem! Nie mogę. Aż mnie przeraża opisanie tego. No ale. Trzeba. 

Boże, nie wiem od czego zacząć!

Dobra. 

Może najpierw od śmierci. To znaczy: od Zary Li. Bo na niej skończyłam. Otóż Zara Li pojawiła się tuż po tym, jak z Szamanem Mako paliliśmy świece żywota. Oczywiście, można powiedzieć: przypadek. Palili świece żywota czekając na śmierć i oto śmierć się pojawia, a oni zdziwieni, hm, skąd śmierć nagle, czyja to śmierć, tralala. Bywa i tak. Znam okoliczności. Człowiek też. Żyje jak na bombie zegarowej, ciągle spięty, każdego dnia drineczek, fajeczka, dla sportu (czyli niby dla zdrowia, hehe) zażyna się na siłowni, w wolnej chwili biegnie maraton, a potem… Swoją drogą, wiecie, skąd się wzięło pojęcie maratonu? Maraton, czyli bieg ok. czterdziestu kilometrów przebiegł pewien człowiek o imieniu Filippides, żeby zawiadomić o zwycięstwie Greków. Jak dobiegł do Aten, to się przewrócił i zmarł. Od tamtej pory ludzkość uznała za stosowne wziąć z niego przykład i biegnie masowo po śmierć. 

Zara Li. Pojawiła się znienacka, grom wie po co i od razu zaczęła pokazywać swoją siłę. A PP faktycznie, jakoś ucichł. I nawet nie zdążyłam go zastrzelić, a codziennie bawiłam się tą myślą. Opracowałam nawet technikę strzału doskonałego. Kiedyś wam o niej napiszę. Teraz nie mogę. Teraz muszę dojść do sedna, a jestem na razie w polu. Zara Li robiła mi potworny dym w planach. Najpierw ten różowy flamaster. Jak już go zdobyłam (nie mam czasu opisywać jak go zdobyłam!) – zażyczyła sobie rysunek. W sensie, że mam dorysować coś na różowo do mojego rysunku. A ja, jak widzicie, rysuję wyłącznie za pomocą mgły. I weźcie wpakujcie tu jaskrawy róż! A jednak. Przekonała mnie. Dorysowałam kwiaty, machnęłam nazwisko na różowo. Wyszło BOSKO. Miała rację. Tylko teraz cyrk, bo ona sobie NIE ŻYCZY, żeby ktoś to zobaczył. Mogę pokazać, owszem, ale tą swoją starą wersję mgielną. Przy której się tak upierałam. 

Czy ja mam cofnąć czas, pytam???

A ona spokojnie, że TAK. 

Nie pytajcie mnie, jak cofnęłam czas. Nie mam czasu opowiadać. Kiedy indziej. Jak cofnę czas ponownie. Albo zatrzymam. Bo teraz nie mogę. To znaczy mogę, ale nie chcę Teraz chcę wam napisać o PANU DEMONIUM. I nie mogę się, do cholery, doczekać, kiedy będę mogła! 

Dobra, napiszę od razu. Zara Li i tak ma już sporo do przodu. Śmierć nie zając. 

Śnił mi się rubin. Rubin to taki kamień szlachetny niezwykłej urody. „Niezwykłej” nie oznacza oceny. Rubin wygląda konkretnie jak… owoc kaliny. 

Nie pamiętam, czy tamta dziewczynka z lasu była ładna. Nie w tym rzecz. Tamta dziewczynka miała coś WAŻNEGO dla mnie w swojej urodzie. Ona miała (ma!) w swojej urodzie jakąś informację dla mnie. Informację, która jest ważna. I ma związek z moim przeznaczeniem. 

Szybko się uczę tego introligatorskiego, prawda? Tak, tak, Szaman Mako nic nie mówi, a ja i tak wszystko wiem. 

Jest taka ogólna zasada w życiu, że każda dziewczyna marzy o tym, żeby mieć starszego brata. Starszy brat to idealny pomost między ojcem, który przypieprza się o jakieś bzdury typu: oceny, bekanie przy stole – a (Boże, uchowaj!) mężem, który przypieprza się o rzeczy wymienione i dodatkowo, mimo dorosłego wieku, nie umie sobie zrobić kotleta ani wyprasować koszuli, o co, rzecz jasna, się przypieprza. Na marginesie, dziewczyny samotne! Nie macie faceta? Pocieszcie się, że nie macie męża.

Wracając do starszego brata. Starszy brat do niczego się nie przypieprza, sam sobie prasuje, sam gotuje, robi jajecznicę na śniadanie, nosi cię na barana i rozśmiesza do łez. Przykład: Szaman Mako. 

Przyszedł wczoraj do rajskiej komnaty, pokazuje mi opakowanie krakowskiej suchej i pokurczony plasterek kiełbasy. I mówi: „Zobacz. Tu jest napisane, że smak dojrzewa z czasem. A ta kiełbasa zrobiła się zielona z czasem. A przecież wiadomo, że zielone to niedojrzałe. Oszukali mnie”. 

Albo, że na przykład jest niedziela i jakiś problem, że o 14.00 jeszcze leżysz w łóżku:

– To zrozumiałe. Człowiek tak bardzo się męczy procesem budzenia, że nie może wstać.

Kurde! Za dużo o nim gadam. Do rzeczy. Śni mi się rubin. Leży na mojej drodze, na złotej łyżeczce. Rozglądam się wokół. Nikt nie widzi. Szybkim ruchem chowam łyżeczkę z rubinem do kieszeni. 

Tego samego dnia jestem w WW. W WW! Jestem z powrotem w Waszym Wymiarze! Ja: DUCH. Przechodzę przez wnękę międzywymiarową (zawsze mnie gdzieś poniesie!) i idę tam z ciekawości, bo jednak jest to, kurde, niecodzienność tak chodzić między wymiarami. Ja pierdziu! Widzą mnie, nie widzą? Patrzą. Ale jakoś na wskroś. Czy ja śnię? Nie, to nie sen. Jestem w WW. Ale nie boję się. Nie czuję nic, prócz ciekawości. 

Wchodzę do galerii handlowej. No gdzieżby indziej? Zastanówcie się. Jakbyście umarli, nie żyli, jakbyście byli duchami, gdzie byście poszli? No, kuźwa, do galerii handlowej, jasna sprawa. Idziecie, nikt was nie widzi. A może widzi?

Nie mam pojęcia czemu, ale moje kroki zmierzają w jakimś celu. Faktycznie, wchodzę nagle do jubilera. Wchodzę do sklepu z rzeczami za miliard. 

Widzi mnie ten subiekt?

– W czym mogę służyć?

Widzi. Widzi!

– Szukam pierścionka z rubinem. W białym złocie. 

Nie wiem, czemu nie pytam o łyżeczkę. Bo wolę pierścionek?

Subiekt odwraca się, szuka po tych wypielęgnowanych gablotach, za chwilę wraca. Pokazuje mi trzy pierścionki. Ja widzę tylko jeden. TEN. 

To on. 

To on mi się śnił. 

To jest prawdziwy ojciec Kaliny. 

Pan Demonium. 

Subiekt nie słyszy rozmowy między mną a Panem Demonium. Ona trwa ułamek sekundy, albo całą wieczność. Oboje jesteśmy w swojej przestrzeni własnego wymiaru. To tak jakbyśmy opuścili budynek galerii handlowej, a jednocześnie w nim byli – na ułamek sekundy albo całą wieczność. Wiem, niektóre frazy są niepojęte. Ale wierzę w was. Ja tu mam na serio dużo większe dylematy niż język polski. 

Muszę go mieć!

Nie mam pojęcia jak. Nie wiem. Nigdy nie kradłam. Poza tym, skąd mam wiedzieć, co się dzieje z duchem, którego łapie policja? Nie wiem nic. Nic! Myśleć, myśleć. 

Muszę go mieć.

Nie wiem, jak. Zaraz będę wiedziała. Zara…

A tymczasem subiekt robi rzeczy niebywałe. Raz: daje mi Pana Demonium do przymierzenia. Ja pierdzielę. Nakładam pierścionek na środkowy palec lewej dłoni. Pasuje idealnie, ale to przecież nie jest żadna niespodzianka. Wszak to MÓJ pierścień. Przyglądam mu się. Nie ma żadnych zabezpieczeń. A ten gościu się ODWRACA i zajmuje jakimś zegarkiem! Specjalnie! Mam tylko dwa kroki do wyjścia. Jak polecę przed siebie, nikt mnie nie dogoni, myk do wnęki międzywymiarowej i Pan Demonium jest mój! 

Sprzedawca, nie podnosząc głowy znad zegarka, podaje cenę pierścienia. Jakiś milion miliardów, nie pamiętam. Nieważne. Ja nie mam żadnych pieniędzy i tak. 

  • Proszę mi go odłożyć. Muszę to przemyśleć. 
  • Na jakie imię odłożyć?
  • Noemi. 
  • Proszę spojrzeć, czy dobrze napisałem.
  • Bardzo dobrze. 
  • Pierścionek będzie czekał na panią do środy. 
  • Doskonale. 

Do środy. Mam czas do środy. 

Muszę go mieć!

PS. Muszę go mieć.