Pierdolę

Trudny czas. Stagnacja, przeciwieństwo mojej natury plus, a raczej minus arktyczny, przymarznięta do tronu zima w przededniu wiosny, hałaśliwa sąsiadka z jeszcze hałaśliwszym psem, nigdzie mi się nie chce jechać, a tym bardziej iść, w ogóle nic mi się nie chce, pierdolę. 

Coś na końcu tego zdania błyska, jak ząb dinozaura ze starego emota, własnoręcznie narysowanego i sfotografowanego niegdyś telefonem, który już, niestety, ma historię wypadkową i doesn’t exist. Enymoor. 

PIERDOLĘ. Słowo jak światło w tunelu tej niekończącej się zimowej komedii pandemicznej. Słabej. Bardzo słabej. Choć miałam nie oceniać. 

Owszem, trudno o dobrą komedię, zwłaszcza w Polsce, zwłaszcza ostatnio. Czekam na błysk geniuszu wśród adeptów sztuki reżyserskiej, czekam na dobry scenariusz. Może sama go napiszę? Tymczasem, jak słowo się rzekło: PIERDOLĘ. 

PS. Jeszcze kot mnie wkurwia.