Wata cukrowa

Mam za swoje. Oprócz psioczenia na nieustępujące chłody, od trzech dni budzę się z bólem głowy. I to jest dopiero Dzień Świstaka. 

Marudzenie. Niby ma swoje zalety. Można nim sprawnie wypełnić lukę w rozmowie, szybko sprowadza do może niezbyt odkrywczych, ale ochoczo zgodnych wniosków, że do dupy wszystko. Jest jak papieros: zbliża nawet obcych, pozwala na przerwę w życiu, pozornie daje oddech. Pozornie, bo oddech jest to czarny, smolisty, toksyczny i śmierdzi. I jedyne, czego się można po nim spodziewać, to rak. 

Bliskim krewnym marudzenia jest martwienie się. W tej dyscyplinie przoduje martwienie się o kogoś, cudowny sposób na pomnożenie zła. Martwię się o ciebie, czyli w mojej ocenie idzie ci fatalnie (lub niechybnie pójdzie!), lecz zamiast pomóc, wolę spieprzyć ci humor.

I teraz ty też się martw.

Tymczasem słońce świeci, ptaki śpiewają, na błękitnym niebie formuje się chmurka, co wygląda jak wata cukrowa, dziecięcy prezent na pierwszy dzień wiosny.