Black Hole Sun

Śnią mi się czarne flagi. Gęsty tłum sunie po ulicy, a na wietrze łopocze czerń. Nadjeżdżają wozy policyjne. Ktoś krzyczy przez megafon. Chowam się w lesie, las jest gęsty, nieprzezierny. Z drzew spadają gałęzie, nie wiem, czy mnie któraś trafi i czuję się dokładnie tak, jakbym uciekała od Ammy.

Nadchodzi burza. Jeźdźcy Apokalipsy, przebrani za polityków, zalewają świat. W gazecie piszą, że będziemy umierać w domu. Nie trzeba czytać gazet. Wystarczy spojrzeć w gwiazdy.

Politycy nie noszą masek. Nie muszą, wszak nie mają twarzy.

Czy NIC jest atrakcyjne? Pipi twierdzi, że tak. Mówi o tym z ekscytacją. Nie ma emocji, nie ma uczuć, nie ma żalu, nie ma już nawet emki. Tylko absolutny, czysty mrok.

Czerń wyszczupla. To najdoskonalsza metoda zniknięcia. Żadne kapsułki z kapsaicyną nie mogą się równać. Absolutny, czysty mrok to absolutny, czysty BRAK. Brak, którego nic nie wypełni, bo przecież niczego nie ma. Kto wytrzyma ten ból? Pipi ma zabawę. Jeźdźcy Apokalipsy też. Ale są tacy, co się boją. Jest ich sporo. Właściwie większość.

Właściwie wszyscy.

Black Hole Sun. Noemi Susenbach

Pipi

Od miesiąca latam w tej samej kiecce, no może w dwóch na krzyż. Czemu? Nie mam czasu wymyślać, co na siebie włożyć.

Obie czarne. Obie piękne. Obie adekwatne. Po co więcej?

Wczoraj byliśmy na rowerach. Ja i Szaman. Jazda z Szamanem (czymkolwiek) to jest turbosurwiwal. Szaman nie stosuje żadnych innych prędkości poza kosmicznymi. Oraz żadnych zasad. No więc lecimy nad morze przez Gdańsk, gdzie są samochody i autobusy i jeszcze inne gorsze rzeczy.

Pociągi.

Tramwaje.

Ok, spokojnie, poczekajmy z dramaturgią, na razie tylko lecimy: czerwone nie czerwone, jadą nie jadą, oraz pod prąd. Prując przez środek skrzyżowania unoszę lewą rękę (prawą trzymam Nemezis, nie jestem debilką), pokazuję przerażonym przechodniom palec mały i wskazujący, a głosem lodowatym syczę: SATAN.

– I nagle tramwaj – zachichotał Bułhakow.

I nagle tramwaj.

Szaman po tamtej stronie. Ja po tej. Między nami metalowy czub, który absolutnie nic nie robi sobie z tego, że człowiek zbudowany jest z aminokwasów, których jedynie uporządkowana sekwencja stanowi życie.

Tymczasem Szaman osiąga prędkość światła. Wieczność przetaczania się tramwaju oddala nas więc o galaktyki. Ale to nic. To akurat nic. Przecież go dogonię. Istotne jest zupełnie co innego. Prędkość światła jest granicą czasu. Kiedy więc on jest TAM, a ja TU, czas mu się cofa. On się robi młodszy! Młodszy o wszystkie kalendarze świata.

Załatwił mnie. Nie, nie mnie. Tych wszystkich facetów z siłowni, co chcą się dosiąść do stolika i niby zapomnieli fajek. Co dylematy mają. Albo piszą wiersze.

Przeszły mi przez serce

promienie Gamma

i fizyka

została

zrozumianna.

Tu pozwolę sobie na dyskretny zwrot akcji, a Czytelnikom zostawię przestrzeń na wyobraźnię, jak to jest być z młodym Szamanem.

A więc Pipi. Bo ostatecznie tak się czyta jej imię. Przyszła wczoraj i namalowała taki obraz, że aż mnie zatkało.

Szaman powiedział, że to prąd.

Bella jeszcze nic nie powiedziała.

Ale wiem, co powie.

I’m a bad guy.

Pipi. Stogi. Chyba

Wymarzony Nekrolog Kubryńskiej

Z ogromną ulgą donoszę, że osoba, której szukacie, nie żyje. I niech to będzie ten rodzaj nekrologu, o którym zawsze marzyła. Kiedy zmarła? W piątek. O piętnastej.

Pogrzebu nie będzie.

Nie będzie też grobu, bo grób to jednak przegryw. Oraz zawracanie głowy. Zresztą nie mam czasu na głupoty. Muszę lecieć.

Jeśli chodzi o prawa autorskie do Dzieł, posiadam je tylko i wyłącznie ja. I niech tylko komuś ręka zaświerzbi, słowo honoru, wyrwę bez litości. Razem z sercem. I korzeniami, jak mawiała Amma. Może nawet nadal tak mówi, dawnośmy się nie widziały. I pewnie nie zobaczymy.

O Boże, jak lekko jest nie żyć! Aż sobie zapalę. Choć rzuciłam. Ziarno mi dopinguje jak może i robi to w sposób niezwykle uroczy:

– Nie pal tego gówna! Zapalmy lepiej czangę!

Dla niewtajemniczonych – czanga to taki hardcore, co po pierwszym machu zabiera we fraktalny kosmos i po piętnastu minutach rzucania o ścianę całkowicie zmienia życie. Mawiają, że autorka, której poświęcamy dzisiejszy nekrolog paliła właśnie czangę.

Ujrzała purpurowy huragan, w który – rzecz jasna – weszła i tyle ją widziano.

Z całego serca polecam.

Wracając do Ziarna. Mamy z Ziarnem wyśmienitą zabawę. Po angielsku nazywa się surfing. W naszym wykonaniu wygląda to tak, że fruniemy na fali gniewu.

Kubryńska mnie zabije. Trudno. Muszę to opowiedzieć, choćby kosztem jej nekrologu. Otóż robię właśnie profesurę z emocji. Na pierwszy ogień poszła moja ulubiona, czyli wściekłość totalna absolutnie na wszystko, Furia Mać. Paliwo życia. Płonąca lawa. Wybuch na Słońcu. Temperatura kipienia izokadmu.

Pazur tnący skórę antylopy.

Czerwona fala.

Gniew.

Wpadłam do Kancelarii na pierwszej sile uderzenia. Jakaś baba kupowała wino. Wymiotło ją w ułamku sekundy. Jeszcze się opierała przy lodówce, że coś prrossecco. Ale nie dała rady. Na progu jęknęła jeszcze do widzenia – bez odpowiedzi.

– Co się stało?! – rzucił się ku mnie Ziarno chcąc cucić, nie wiem, ratować, a może nawet zabić w obronie własnej? Próbowałam zaczepić się o coś stałego, ale było tylko wino. Zdążyłam wykrztusić, że to raczej ja go zabiję, ktoś na pewno zginie. Nie zdążyłam jednak podać przyczyny, gdyż wszedł typek w okularach. Nazwijmy go: Typek. No więc wchodzi Typek, Ziarno ma w oczach przerażenie, ale nie że zginie, tylko z lęku o Typka. Ogień we mnie kipi, szaleją demony. Zza tego pożaru jednak widzę światło. Ktoś mi wysyła sygnały, proste i logiczne komunikaty jak postępować.

Jak postępować, gdy wpadasz z awanturą i jednocześnie wchodzi Typek?

NIE ZABIJAĆ TYPKA.

Jak nie zabić Typka? Jak to zrobić?

WYJŚĆ.

Ja pierdzielę, ogień we mnie, a ja mam wyjść?!

TAK.

Wychodzę posłusznie i idę przed siebie. Idę jak żołnierz, umięśniony młody bóg, który całą swoją boską energię skierował w POSŁUSZEŃSTWO. Ale mi się idzie! Ale jak!!!

Równo. Mocno. Kategorycznie. Jakby każdy krok był ciosem. Oczywiście wymierzonym Ziarnu. Nie. Typkowi. Nie. Tej babie od prrossecco? NIE.

Pipi.

Zabijam ich wszystkich. Kill’em all.

Tortury trwały do drugiej poprzecznej. Ziarno wyleciał w pogoń na mojej Nemezis. Bał się, ale ją dosiadł. Cud, że go nie zrzuciła.

– Co się stało, Jezus, Sylwia!

– Mam na imię Noemi, debilu.

A on, że sorry, wszystko mu się popieprzyło, bogowie się pokićkali, co się, kurwa, dzieje, koniec świata jakiś, a ja że weź się ogarnij, a on, że nie może, a ja że musisz, a on że dobra.

– Wszystko, co miałam do powiedzenia, już powiedziałam na tym spacerze!

– To weź powiedz jeszcze raz, bo mnie to interesuje!

I tak oto po raz pierwszy w życiu rozmawiałam z człowiekiem, na którym mi zależy o tym, czy warto poświęcić życie na skakanie z Zieleniaka – bez żadnych nerwów. Emocje nie wchodziły w grę. Ogólnie, po co są emocje? Dla zabawy.

Dla energicznego spaceru. Dla histerycznego śmiechu. Dla pisku na widok pająka. Dla fontanny łez. Dla bujania się na huśtawce po niebo, pod same obłoki CZUCIA.

Nieżyjąca autorka stanowiła emocje.

Pomachajmy jej z daleka.

Ogień, Noemi Susenbach

Borderline

Życie we mnie wstąpiło. Wtargnęło! Z ognistym impetem złapało wicher w żagle. Łubu du! Wstaję rano, piszę wiersz, wysyłam go w świat i zanurzam się w Pomarańczowym Oceanie. Woda ma kolor różny. Czasem jest to turkus, czasem złoto, a czasem po prostu nic, jak powietrze. 

Wtedy latam. 

Szaman dostał kręćka z tymi rowerami i już nawet Baba z PP mówi o nim „serwis rowerowy”. Nomen omen – poznałam Pipi. 

To było dokładnie tak, jak w pewnej książce, którą kiedyś napisałam, co stała się bestsellerem i nigdy nie dowiedziałam się, co to znaczy. Ten bestseller. W sensie, ile to książek. A zwłaszcza – ile się za nie należy. Ale wróćmy do Pipi. Historia jak z powieści Kobieta dość doskonała.  

Spotykam ją na imprezie, a ona głosem nieznoszącym sprzeciwu, mianowicie tak przymilnym, że aż się człowiek wije, żeby się wywinąć – proponuje skakanie z Zieleniaka. Określenie to przypisane jest niezwykle stylowemu budynkowi w kolorze zielonym, o szesnastu piętrach rozpiętych nad Starym Gdańskiem. Trzy sekundy potem uciekam z imprezy. Windą. 

Wariatek w moim życiu mam DOŚĆ. 

Mija czas. Któregoś dnia wpadam na nią w Kancelarii. Cholera, myślę, trzeba wiać, a ona do mnie:

– Cześć, głupku. 


Przeszły mi przez serce

Promienie Gamma

i fizyka

została

zrozumiana.

Borderline, Noemi Susenbach