Mroczna przepowiednia

Powiedziałam Ewelement o mojej wizji. Od razu zaczęła węszyć podstępy. Na pierwszy ogień poszła, rzecz jasna, Nemocja. Że to przez nią, że to ona winna, coś tam. 

– Ona cię zabije! Pamiętasz, jak rozbiła talerz, przysłała mroczną kobietę, cały zastęp demonów?! Ona cię zabije…

– Nie. Taki plan by się nie realizował, gdyby miał się tak głupio skończyć. 

– Hm… To jak pokonasz Nemocję?

– Nie pokonam jej. Nawet nie zamierzam. Z demonem się nie walczy. Z demonem się tańczy. Warunek jest tylko jeden: nie wolno się bać.

– Jak można nie bać się demona? 

– Można. Wszystko można. 

– Sama słyszałaś: myślisz, że ludziom wszystko wolno? Bóg zapowiada ludziom zagładę!

– Mnie to nie dotyczy. 

– Jak to możliwe?

– Tak. 

Ewelement zamilkła na chwilę, ale wciąż była poruszona. Uznałam, że to dobry moment na włączenie muzyki. W Nadwymiarze jest muzyka i to bardzo dobra. Wybrałam płytę „Aenima” zespołu TOOL. Stare, ale świetne. No i straszliwie straszne. Można jeszcze bardziej nastraszyć tego zabawnego „Prosiaczka”, jaki tkwi w Ewelement. Uwielbiam ludzi, którzy się boją. To takie słodkie, dziecięce. Sama chciałabym się czasem trochę bać. Ale nie mogę. Wolfgang mi zabroniła. 

– Kim jest Nemocja?

– Nocą. 

– A ty?

Tym razem ja zamilkłam. Od pewnego czasu prowadzę bardzo poważne śledztwo w tej sprawie, a wnioski wciąż stoją pod znakami zapytania. Owszem, mogłabym udzielić odpowiedzi. Problem polega na tym, że nie wiem, którą wybrać. 

– Jestem Noemi. NOEMI. Rozumiesz?! 

– Noe to tylko skrót…

– Na razie wystarczy i to aż nadto.

Nienawidzę mieć misji. W ogóle nie znoszę zadań. Gdy jeszcze żyłam, pracowałam w urzędzie gminy. Gruba historia. Na szczęście skończona. Warto umrzeć, żeby nie pracować w urzędzie gminy, jak Boga kocham. Napisałam kiedyś książkę o tym. Pewnie gdzieś krąży w WW, można przeczytać. MA-SA-KRA. Gdy więc przeszłam przez Bramę Raju, na serio odetchnęłam.  

Misja Ocean z kolei mnie nie przerażała, bo była całkiem przyjemna. Dzielić się z ludźmi szczęściem – super. Ocean Pomarańczowy jest nieskończony, starczy dla wszystkich. Nie spodziewałam się jednak, że jest druga strona medalu. Nie spodziewałam się, że szczęście można odrzucić. A kiedy odrzuca się szczęście – ono się odwraca. Kiedy zamyka się Trzecie Oko, powstaje czarny oczodół. Ocean Pomarańczowy jest ciepły i piękny, ale gdy się nim wzgardzi – zrywają się potężne fale gniewu. 

– Ewelement…

– No?

– Co mnie to wszystko obchodzi? 

– W sensie?

– Dawno już umarłam, pływam sobie na pompowanym flamingu po Oceanie Pomarańczowym, rozmawiam z drzewami. Szaman wraca z mórz i kradnie dla mnie diamenty…

– Diamenty się gubią. 

– Ludzie też…

Teraz zamilkłyśmy obie. Chwilę to trwało, w końcu całkiem już przerażona Ewelement wykrztusiła:

– Przeciwstawisz się Słońcu?

Wiedziałam, że o to zapyta. Wiedziałam też, co mam odpowiedzieć. Klasycznie, wbrew wszelkim naukom, pytaniem na pytanie:

– A co zrobiła Sechmet?

Sechmet – wyjaśniam raz jeszcze – zbuntowała się bogu Ra. Bóg wysłał ją na Ziemię, by przywróciła porządek wśród ludzi, którym już całkiem odbiło. Sytuacja jakby współczesna. Sechmet pod postacią lwicy zstąpiła na ziemski padół i jęła przegryzać ludziom gardła. Spodobało się jej to zajęcie. I choć ludzie obiecali poprawę, a bóg Ra dał znak na zakończenie akcji – Sechmet wcale nie zaprzestała rzezania. Padł dziki strach zarówno na ludzkość, jak i na bezradnego boga. Tylko Sechmet bawiła się setnie. A potem została… 

Ewelement zbladła. 

– Chcesz zostać bogiem?

Czasem ludzie zadają takie pytania, że łeb urywa. Nie, nie chcę. Nie chcę być bogiem, a ty nie chcesz być przyjaciółką boga. LOL. 

Porzuciłam jednak sarkazm i zmieniłam temat. 

– Śniły mi się statki. Puste, stare, zardzewiałe, dryfujące bezpańsko po morzu. I dzieci. Same dzieci, bez rodziców, bez dorosłych… 

– Kryształowe dzieci?

– Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza, na którego brzegu stał kontener ze śmieciami. 

– Ludzie w chwili apokalipsy wykombinowali, że pozbędą się śmieci, które zabierze woda?

– Bez komentarza. 

– I co ten dzieciak?

– Pokazał mi to. 

– Co?

– To było jakby za siatką, za ogrodzeniem… w tym morzu, staliśmy na płyciźnie. 

– Co było za siatką?

– Za siatką skończyła się płycizna. 

– Co było dalej?

– Otchłań. 

– Koniec?

– Śmierć…

Ucichła płyta TOOL-a, powietrze wypełnił potężny szum wiatru. Huraganu. I nagle usłyszałam brzęczenie owada, nieznośny, metaliczny bzyk jakiegoś obrzydliwego insekta. Rozejrzałyśmy się po mieszkaniu Wió. Nie, to nie owad. Spojrzałam na Zarę Li. Leżała nieruchomo. Nagle zrozumiałam. To dźwięk przeskakujących iskier wysokiego napięcia, dochodzący nie wiadomo skąd. Huragan się wzmagał, szum zamienił się w huk. Powietrze dziwnym zrządzeniem niejasnych sił jednak stało. 

– To tylko dźwięk… – szepnęłam do przyjaciółki. – To tylko mroczna przepowiednia.

Gdy tylko to powiedziałam, huk przepadł. Z kakofonii wydobyło się teraz basowe, wszechpotężne, cyfrowo rytmiczne bicie olbrzymiego serca. 

– Czy wśród tych dzieci była Kalinka?

Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza…

Dzień proroczy

Nie mówiłam wam jeszcze, że Ewelement spotkała Kalinkę! Tę dziewczynkę z Góry Przeznaczenia! Strasznie dużo rzeczy nie opowiedziałam, a powinnam! Jest jednak pewien problem. Co bowiem znaczy: powinnam? Jaka to część mowy? Że co? 

Sami zrozumiecie po własnej śmierci – w tym wymiarze coś takiego jak „powinnam” nie istnieje. Chyba że w takim wydaniu:

– Która godzina? Czternasta?! Trzeba wstawać!

– Powinnaś jeszcze pospać. Nie pali się. 

To EWENTUALNIE. Tymczasem siedzę w mieszkaniu Wió, do którego poza duchami lgną wszelkie nieprzyjacielskie siły, w tym Wąż. Serio. Siedzę w samotności, palę świece, odganiam zjawy, a tu nagle ktoś wali w drzwi. Nie domofon, tylko od razu: łubu-du!, bezpośrednio z prokuraturą i nagrywaniem rozmów włącznie. 

Pamiętacie ostatnią wizytę Wió? Pamiętacie jak zamieniłam się w marmurową posągowość z zimnym jak sztylet wzrokiem? A pamiętacie moją wizję z nożem? Że noża: nie?

Wzrok. 

To moja jedyna broń. Ta broń działa. Tym razem przynajmniej zadziałała. Choć pewnie wersja Węża będzie inna, zdaję sobie sprawę. 

Grunt że mieszkania nie sforsował. Prokuratura: też nie. Tyle mogę powiedzieć. Dałam radę. W sumie nic wielkiego. Jak się ktoś od kilku dni (zmarłych) zmaga z potęgą duchów, to wizyta Węża, choćby nie wiem jak jadowitego, nie robi. 

Kiedyś bałam się pająków. Raz przyśnił mi się sen, że łażą po mnie w piwnicy, do ust mi wchodzą, do uszu. Obudziłam się, z impetem wyszłam z domu (wtedy jeszcze strasznie się wszędzie spieszyłam), na ganku rozpięta pajęczyna, centralnie rozparty na niej pająk jak pięść ląduje prosto na moim czole. Leniwym ruchem zdejmuję delikwenta z głowy i puszczam wolno w jemu tylko znane rewiry. A potem pomału zaczyna do mnie dochodzić, że coś jest INACZEJ. 

Bo faktycznie czegoś zabrakło w tej scenie. Czego? Wysokiej częstotliwości przeraźliwego pisku i szarpania przestrzeni powietrznej gwałtownie rozrzucanymi dłońmi. 

Miałam w poprzednim życiu znajomych różnych. Kwadratowych i podłużnych. Był taki, co mawiał, że najlepszym sposobem na problem jest drugi problem. Większy. Jest w tym niezaprzeczalna logika. Większy problem wybawia cię całkowicie z frasunku nad problemem mniejszym. 

Tak i teraz. Jeśli ktoś ma do czynienia z najazdem duchów, nie piszczy przed najazdem Tatarów. Swoją drogą, muszę uważać, co piszę, bo zdradzam, że Szaman wypłynął, nikogo tu nie mam do obrony. Jestem bezbronna jak motyl w szkatułce. I jedyne, co mogę zrobić, to dzielnie odpierać ataki. 

Jak Sechmet. 

PS. Pojawiła się No i z miejsca zakomunikowała, że wychodzi. W sensie: wylatuje. Odkryła właśnie nową pasję. Fotografia. Tak, wiem, zaraz się pojawią głosy, że w Nadwymiarze fotografia jest zabroniona. Owszem. Zapomniałam jednak o pewnym wyjątku. Fotografia ANALOGOWA. To można. 

PS2. Zapomniałam też powiedzieć najważniejszego. Według Kalendarza Majów dzisiejszy dzień jest dniem proroczym. Wszystko, co dziś się wydarzy będzie miało dalszy ciąg w kolejnym roku. To jak sen proroczy, tylko że na jawie. Ma jednak tę wyższość nad proroczym snem, że ma się wpływ. 

Tak tylko mówię, jakby ktoś był zainteresowany swoją przyszłością… 

Sechmet

Kiedy zaczyna się śmierć?

Od dwóch tygodni jestem na wojnie. Ściśle jestem w obozie polowym, w swoim namiocie szykuję się do akcji. Wygląda to tak. Najpierw sukienka. Wojownik musi mieć właściwe odzienie, dobrze to wiecie. A ja mam naturę lwicy. Moje wojenne imię to Sechmet. Wolfgang mi powiedziała. Opowiedziała mi też o Sechmet. To lwica, którą bóg Słońca Ra wysłał na Ziemię, aby przywróciła wiarę wśród ludzi. Sechmet się nie patyczkowała i poszła rezać. To dobry argument, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z bezrozumnym motłochem. Całe moje poprzednie życie próbowałam ROZMAWIAĆ z bezrozumnym motłochem. Nic to nie dało. Po pierwsze nikt mnie nie rozumiał, po drugie nikt mnie nie rozumiał. 

Zwłaszcza Wąż.

W zrozumieniu tkwi wielki sens. Bycie zrozumianym to podstawa sukcesu. Ja tego za swojego życia nie osiągnęłam, dlatego umarłam. Teraz już wiem, że bez sensu są gadki i tłumaczenia. Wąż posługuje się innym językiem niż lew, czy pantera. Rozdwojonym. 

Wąż wypowiedział mi wojnę, choć przecież dawno umarłam. Nie wiem, jak można chcieć walczyć z trupem, ale dobra. Bardzo proszę. W sumie – choć się wzbraniałam jak mogłam – nawet to lubię. Podejmuję rękawicę w kolorze czerwonym. Imię Sechmet zobowiązuje. 

Więc sukienka. Obcisła i czerwona. Do tego naszyjnik ze szmaragdem (Guovssahas), drugi: z czarnym kamieniem od Czerwonego Wędrowca. Nie wiem, czy wspominałam, z Czerwonym Wędrowcem łączą mnie więzy krwi, dlatego ten kamień jest taki ważny. 

No i trzeci naszyjnik: od Szamana Mako. Przedstawia on koło wysadzane białymi kamieniami. Nieskończoność. I tu właśnie wracamy do zagadnienia poruszonego w tytule. 

Kiedy zaczyna się śmierć? Śmierć, moi drodzy, zaczyna się dokładnie w momencie życia. Życie jednak nie zaczyna się nigdy, bo życie jest wieczne, jak symbol koła. Zatem śmierć jest ZAWSZE. Gdy spotykamy ją na drodze obok wysypiska śmieci, wcale nie znaczy, że ona się właśnie zaczęła. Ona była, jest i będzie. Ona jest naszym cieniem, a jak trzeba to i blaskiem. Kołem, które nigdy nie przestaje się obracać. Jeśli jest śmierć to i jest życie. Wygrywasz zawsze. 

Amulet od Szamana Mako ma więc wielką moc. Amulet od Szamana daje nieśmiertelność. Cholera, to nie jest dobre słowo. 

Amulet od Szamana Mako daje WIECZNOŚĆ. 

Sechmet rezała ludzkość przez kilka dni. W końcu przyszło opamiętanie, wiara w Słońce wróciła. Bóg Ra odetchnął i zesłał wiadomość do lwicy, aby przestała rezać. Sechmet jednak nie należy do istot posłusznych. Ani myślała kończyć zabawę. W ten oto sposób stała się boginią, bo tylko bogini ma śmiałość nie słuchać boga. 

Siedzę w obozie polowym i pobieram nauki. Nigdy nie sądziłam, że stanę się Walkirią. Pamiętacie, wkroczyłam do Nadwymiaru, spotkałam Szamana, pobiegaliśmy po lesie, polataliśmy na meteorytach – czysty ubaw dzieciaków. Tymczasem do Nadwymiaru podstępnie wdarł się WW. Wężowe syki dobiegły moich uszu. Muszę bronić raju. Muszę bronić Nadwymiaru. To wielka odpowiedzialność i wierzcie mi, nie pisałam ostatnio, bo z przejęcia narobiłam pod siebie. Nie można jednak robić pod siebie zbyt długo. Trzeba założyć czerwoną sukienkę i załadować kołczan. 

Przez całe życie słyszałam, że dziewczynki nie walczą. To w sumie bardzo wygodna opcja dla tych, co niby walczą. Taka walka bez wroga. Zabawa na patyki. Kopniak bez rewanżu. Świetna zabawa. 

Trzeba było umrzeć, żeby się dowiedzieć, jak jest naprawdę. Otóż prawda jest taka, że dziewczynki walczą i to w stylu koncertowym. I oto właśnie ja, mała Noemi, idę na wojnę. 

Skupienie. Koncentracja. Taka koncentracja, jakiej nikt się nie spodziewa. Bo przecież dobrze wiemy, jak to jest z koncentracją kobiety. Wystarczy płacz dziecka i po zawodach. Tymczasem ja mam zadanie bogini. Nie ma płaczu dziecka, nie ma dźgnięć w czuły punkt. Nie ma czułych punktów. 

W obozie polowym słyszę mnóstwo historii. Bogowie mieli te swoje pięty achillesowe, jeden był kulawy, drugi stracił włosy. Zawsze coś. Jakaś ułomność i pozamiatane. Tymczasem ja nie mogę sobie na to pozwolić. Zero słabości. Co to dla mnie? Bułka z masłem.

Właśnie dlatego wmówiło się dziewczynkom, że nie walczą. Są tak niebezpieczne, że odebrano im broń. Ich najlepszą broń: doskonałość. 

Kiedyś byłam pisarką. Napisałam książkę o kobiecie dość doskonałej. Podobno bestseller. Wiecie skąd wzięło się słówko: „dość”? Wąż je wymyślił. 

Wąż ma zdolność wślizgiwania się w meandry cudzej psychiki, radzi sobie z nią na medal. Tylko jedno małe słówko, a zobaczcie jaka różnica. Tylko jedno małe słówko, a kołczan odebrany. 

Bałam się umrzeć. Wierzyłam, że po śmierci nie będę mogła pisać. Tymczasem: sami widzicie. Już nawet Fargo nie jest potrzebny. Swoją drogą – zabawna historia. Szedł zrobić mi internet i ktoś w niego strzelił. Strzał był tak celny, że Fargo nieprzytomny trafił do szpitala, w szpitalu dokładne badania, nic nie znaleźli. Pocisk musiał przejść dokładnie między tkankami w taki sposób, że nie uszkodził żadnej. Nieźle co? Fargo blady i przerażony. Komputer podczas jego nieprzytomności diabli ponieśli. Kaniec filma

Zadzwonił do mnie i powiedział, że on tej Nemezis nie robi. Jeszcze mu życie miłe. Jeszcze mu śmierć nie pisana. 

Mężczyźni są tacy śmieszni. Śmierć mu nie pisana. Zara Li przewróciła się na plecy. A potem przyszła Wifi, spojrzała (bo Wifi tylko patrzy, rzadko się odzywa) i wszystko stało się jasne. Na cholerę ci Fargo, mała?

Niewiele mogę napisać, bo wojna to wojna. Poczytajcie o enigmie. Jeśli zobaczycie gdzieś ducha w czerwonej sukience z poszarpanym pazurami rękawem, chuchnijcie na szczęście. I lepiej nie podchodźcie. Sechmet nie wybiera. Sechmet idzie rezać. 

PS. Ciągle zastanawiam się, czy mam wszystkie amulety. 

PS2. Jutro środa. 

Zara Li