Gwiazda, której nikt nie widział

Śmierć to tabu, przemilczany temat. Albo odwrotnie: woda na młyn. Można ją przehandlować na tekst w gazecie, albo rozmienić na drobne rzucone księdzu. Użyć. Wykorzystać. Wybory wygrać. Płytę sprzedać. Lajka dostać. Pohisteryzować na tyle, na ile się opłaci. A potem zużytą wyrzucić, wzgardzić. Przykryć foliową plandeką. Zakopać. Zapomnieć. 

A co z poezją śmierci? Co z jej magią?!

Pamiętacie czasy, gdy się zapalało świeczki i w ciemnościach, na słuchawkach, żeby stara nie pruła – słuchało Dead Can Dance? Sisters of Mercy? The Cure? Pamiętacie ten mrok, który nikogo nie przerażał, nikomu nie szarzał życia, przeciwnie: nadawał koloryt?

Co z tego, że czarny! Czy ktoś odmówi czerni elegancji? Czy ktoś zarzuci czerni jakikolwiek brak? 

Nie bez powodu istnieje pojęcie ciała doskonale czarnego. W czerni bowiem tkwi perfekcja, tajemnica domknięcia wszystkich barw świata. Czarny to jednocześnie wszystko i nic. Największa gęstość i najmniejsza powierzchnia. Kategoryczność grawitacji. Totalna niewidzialność.

Niedościgniony paradoks słynnego zdania: „ciemność widzę!” do dziś nie został pokonany w dialogach. Każdy by chciał. Każdy by marzył. Być ujrzanym i nie istnieć. Istnieć i być niewidzialnym. Do wyboru, do koloru. Jedynego. Najlepszego. Czarnego. 

Podobno jest taka gwiazda, której nikt nie widział. Nazywa się Nemezis. Jej potężna grawitacja wyrywa z orbit ciała niebieskie, które krążą gdzieś poza naszą świadomością, dopóki wyrwane ze swojego toru nie zmienią kierunku. Być może to właśnie jej znudziło się panowanie gadów i postanowiła zmieść ich z powierzchni Ziemi jednym niedostrzegalnym ruchem woli wyrywając z toru pokaźny meteoryt. 

Czerń Nemezis ma niezwykłą moc. 

Czerń Nemezis ma moc śmierci. 

Hałaśliwa pstrokacizna tandety wyparła z życia szlachetność śmierci. Ludzkość o niej zapomniała. Jakby jej nie było, jakby nie istniała – niczym kolor czarny. A przecież jest. Na każdym kroku. Codziennie. 

Wczoraj, dziś, jutro. 

Byliśmy, jesteśmy, będziemy. 

Umieraliśmy, umieramy, umrzemy. 

Czy ktoś odmówi jej elegancji?

Kiedy zaczyna się śmierć?

Od dwóch tygodni jestem na wojnie. Ściśle jestem w obozie polowym, w swoim namiocie szykuję się do akcji. Wygląda to tak. Najpierw sukienka. Wojownik musi mieć właściwe odzienie, dobrze to wiecie. A ja mam naturę lwicy. Moje wojenne imię to Sechmet. Wolfgang mi powiedziała. Opowiedziała mi też o Sechmet. To lwica, którą bóg Słońca Ra wysłał na Ziemię, aby przywróciła wiarę wśród ludzi. Sechmet się nie patyczkowała i poszła rezać. To dobry argument, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z bezrozumnym motłochem. Całe moje poprzednie życie próbowałam ROZMAWIAĆ z bezrozumnym motłochem. Nic to nie dało. Po pierwsze nikt mnie nie rozumiał, po drugie nikt mnie nie rozumiał. 

Zwłaszcza Wąż.

W zrozumieniu tkwi wielki sens. Bycie zrozumianym to podstawa sukcesu. Ja tego za swojego życia nie osiągnęłam, dlatego umarłam. Teraz już wiem, że bez sensu są gadki i tłumaczenia. Wąż posługuje się innym językiem niż lew, czy pantera. Rozdwojonym. 

Wąż wypowiedział mi wojnę, choć przecież dawno umarłam. Nie wiem, jak można chcieć walczyć z trupem, ale dobra. Bardzo proszę. W sumie – choć się wzbraniałam jak mogłam – nawet to lubię. Podejmuję rękawicę w kolorze czerwonym. Imię Sechmet zobowiązuje. 

Więc sukienka. Obcisła i czerwona. Do tego naszyjnik ze szmaragdem (Guovssahas), drugi: z czarnym kamieniem od Czerwonego Wędrowca. Nie wiem, czy wspominałam, z Czerwonym Wędrowcem łączą mnie więzy krwi, dlatego ten kamień jest taki ważny. 

No i trzeci naszyjnik: od Szamana Mako. Przedstawia on koło wysadzane białymi kamieniami. Nieskończoność. I tu właśnie wracamy do zagadnienia poruszonego w tytule. 

Kiedy zaczyna się śmierć? Śmierć, moi drodzy, zaczyna się dokładnie w momencie życia. Życie jednak nie zaczyna się nigdy, bo życie jest wieczne, jak symbol koła. Zatem śmierć jest ZAWSZE. Gdy spotykamy ją na drodze obok wysypiska śmieci, wcale nie znaczy, że ona się właśnie zaczęła. Ona była, jest i będzie. Ona jest naszym cieniem, a jak trzeba to i blaskiem. Kołem, które nigdy nie przestaje się obracać. Jeśli jest śmierć to i jest życie. Wygrywasz zawsze. 

Amulet od Szamana Mako ma więc wielką moc. Amulet od Szamana daje nieśmiertelność. Cholera, to nie jest dobre słowo. 

Amulet od Szamana Mako daje WIECZNOŚĆ. 

Sechmet rezała ludzkość przez kilka dni. W końcu przyszło opamiętanie, wiara w Słońce wróciła. Bóg Ra odetchnął i zesłał wiadomość do lwicy, aby przestała rezać. Sechmet jednak nie należy do istot posłusznych. Ani myślała kończyć zabawę. W ten oto sposób stała się boginią, bo tylko bogini ma śmiałość nie słuchać boga. 

Siedzę w obozie polowym i pobieram nauki. Nigdy nie sądziłam, że stanę się Walkirią. Pamiętacie, wkroczyłam do Nadwymiaru, spotkałam Szamana, pobiegaliśmy po lesie, polataliśmy na meteorytach – czysty ubaw dzieciaków. Tymczasem do Nadwymiaru podstępnie wdarł się WW. Wężowe syki dobiegły moich uszu. Muszę bronić raju. Muszę bronić Nadwymiaru. To wielka odpowiedzialność i wierzcie mi, nie pisałam ostatnio, bo z przejęcia narobiłam pod siebie. Nie można jednak robić pod siebie zbyt długo. Trzeba założyć czerwoną sukienkę i załadować kołczan. 

Przez całe życie słyszałam, że dziewczynki nie walczą. To w sumie bardzo wygodna opcja dla tych, co niby walczą. Taka walka bez wroga. Zabawa na patyki. Kopniak bez rewanżu. Świetna zabawa. 

Trzeba było umrzeć, żeby się dowiedzieć, jak jest naprawdę. Otóż prawda jest taka, że dziewczynki walczą i to w stylu koncertowym. I oto właśnie ja, mała Noemi, idę na wojnę. 

Skupienie. Koncentracja. Taka koncentracja, jakiej nikt się nie spodziewa. Bo przecież dobrze wiemy, jak to jest z koncentracją kobiety. Wystarczy płacz dziecka i po zawodach. Tymczasem ja mam zadanie bogini. Nie ma płaczu dziecka, nie ma dźgnięć w czuły punkt. Nie ma czułych punktów. 

W obozie polowym słyszę mnóstwo historii. Bogowie mieli te swoje pięty achillesowe, jeden był kulawy, drugi stracił włosy. Zawsze coś. Jakaś ułomność i pozamiatane. Tymczasem ja nie mogę sobie na to pozwolić. Zero słabości. Co to dla mnie? Bułka z masłem.

Właśnie dlatego wmówiło się dziewczynkom, że nie walczą. Są tak niebezpieczne, że odebrano im broń. Ich najlepszą broń: doskonałość. 

Kiedyś byłam pisarką. Napisałam książkę o kobiecie dość doskonałej. Podobno bestseller. Wiecie skąd wzięło się słówko: „dość”? Wąż je wymyślił. 

Wąż ma zdolność wślizgiwania się w meandry cudzej psychiki, radzi sobie z nią na medal. Tylko jedno małe słówko, a zobaczcie jaka różnica. Tylko jedno małe słówko, a kołczan odebrany. 

Bałam się umrzeć. Wierzyłam, że po śmierci nie będę mogła pisać. Tymczasem: sami widzicie. Już nawet Fargo nie jest potrzebny. Swoją drogą – zabawna historia. Szedł zrobić mi internet i ktoś w niego strzelił. Strzał był tak celny, że Fargo nieprzytomny trafił do szpitala, w szpitalu dokładne badania, nic nie znaleźli. Pocisk musiał przejść dokładnie między tkankami w taki sposób, że nie uszkodził żadnej. Nieźle co? Fargo blady i przerażony. Komputer podczas jego nieprzytomności diabli ponieśli. Kaniec filma

Zadzwonił do mnie i powiedział, że on tej Nemezis nie robi. Jeszcze mu życie miłe. Jeszcze mu śmierć nie pisana. 

Mężczyźni są tacy śmieszni. Śmierć mu nie pisana. Zara Li przewróciła się na plecy. A potem przyszła Wifi, spojrzała (bo Wifi tylko patrzy, rzadko się odzywa) i wszystko stało się jasne. Na cholerę ci Fargo, mała?

Niewiele mogę napisać, bo wojna to wojna. Poczytajcie o enigmie. Jeśli zobaczycie gdzieś ducha w czerwonej sukience z poszarpanym pazurami rękawem, chuchnijcie na szczęście. I lepiej nie podchodźcie. Sechmet nie wybiera. Sechmet idzie rezać. 

PS. Ciągle zastanawiam się, czy mam wszystkie amulety. 

PS2. Jutro środa. 

Zara Li


Zara Li

Wiem! Przypomniało mi się! U stóp Góry Przeznaczenia widziałam grupkę dzieci. Była wśród nich mała dziewczynka. Dzieci wołały do niej: „Kalinka”.

– Kalinka! Chodź tu! Zobacz, co tu jest!

– A co tam jest?

– Grób dzięcioła.

Minęłam ich, poszłam w swoją stronę, czyli tam, gdzie opisywałam. A potem, już na górze leżał owoc kaliny, diabli wiedzą skąd, bo owocującego drzewa nigdzie nie było. Przypadek? Nie sądzę. O coś z tą Kaliną (kaliną?) chodzi. O coś chodzi z grobem dzięcioła.

Kilka słów wyjaśnienia. Skąd w Nadwymiarze dzieci? Też się początkowo dziwiłam. Wszak musiały umrzeć? Nie. Otóż dzieci są w Nadwymiarze i WW jednocześnie. Tak już jest. One to potrafią. Potem, niestety, opuszczają Nadwymiar, skupiając się jedynie na waszym świecie. Wielka szkoda.

Oczywiście są takie, które zostają w Nadwymiarze. Nie mają lekko. Połączyć te dwa byty – level hard. To już, faktycznie, łatwiej umrzeć.

No więc „moje” dzieci z lasu przeznaczenia żyją jednocześnie w WW i tu. Bez przeszkód przechodzą przez wnękę międzywymiarową i już są w zaczarowanym lesie. Wnęka międzywymiarowa znajduje się niedaleko mojego ogrodu. Czasem słyszę przez nią głosy z WW i nie są zazwyczaj to przyjemne chwile: – Zaje…m mu, a on do mnie, co ty k…a, a ja ku..a, ja pier…lę!

Innym razem karetka pogotowia.

Tymczasem wróciłam z Góry Przeznaczenia i pamiętam, że czeka mnie w przyszłości jakaś Kalina, albo kalina. Zawsze to coś. Bo już się bałam, że nic mnie nie czeka, co jest w oczywisty sposób połączone z nieistnieniem. Za które podziękuję. To już też zaliczyłam.

Dobra. Miałam pisać o śmierci! Grób dzięcioła przecież też coś znaczy. Otóż znalazłam śmierć! Znalazłam ją wczoraj za rogiem mieszkania Wió, gdy wyszłam w kierunku lumpiaterii. Lumpiateria to taki nadwymiarowy salon mody, w którym wszystko jest oddawane za bezcen, a jest tak piękne, zwiewne i doskonałe, że czasem się martwię kompulsją strojenia. A przecież w Nadwymiarze nie wolno mieć kompulsji. No, ale już od jakiegoś czasu tam nie chodziłam, wczoraj poszłam. Kilka kroków przeszłam, patrzę: śmierć. Leży, biedna, zakurzona. Wygląda, jakby ktoś ją wyrzucił. Na środek drogi. Ludzie serca nie mają.

Wzięłam ją od razu. Wróciłam, posadziłam na parapecie. A potem poszłam do tej lumpiaterii i na śmierć o niej zapomniałam.

Przypomniała mi się wieczorem. Leżałam już w sarkofagu, zbierałam się do spania. Zerwałam się, poleciałam po nią, zdjęłam z parapetu, wykąpałam, doprowadziłam do ładu. Ma spódniczkę z czarnej koronki. Trochę się pruła, ale ogarnęłam. Paznokcie u rąk i stóp czerwone. Ogólnie: elegantka. I po tej kąpieli – w humorze.

Ma na imię Zara. Tak przeczytałam na plakietce, którą nosi przy biodrze. Imię adekwatne. Też bym się nie spieszyła. Ale są tacy, co się spieszą. Dzięcioł na przykład.

Kości i piszczele układają jej się w napis. Li. Stąd mniemam, że jej pełne imię i nazwisko to Zara Li.

Zara Li mieszka teraz ze mną i nosi moje długopisy, które do tej pory w kółko gubiłam. Dziś nawet zażyczyła sobie własny. Ma być jaskrawo różowy. Super. Skąd mam wytrzasnąć jaskraworóżowy długopis, nie wiem. Ale cieszę się, że mam przyjaciółkę.

PS. Szaman Mako też polubił Zarę. Tylko z miejsca zaczął się martwić, czyja to śmierć. On tak zawsze. Ostatnio znalazłam Słownik Symboli, wzięłam go do Księgozbioru (opowiem, mega historia!), a on ciągle tylko: to do kogoś należy na pewno, trzeba oddać. Ciekawe komu. Żywej duszy wokół.

Ps2. Czy ja nie za dużo piszę o Szamanie Mako? Bo już mnie to wkurza!

***

Minął dzień. Boże. Właśnie do mnie dotarło z KIM się zaprzyjaźniłam…

Posadziłam ją na parapecie. A potem na śmierć o niej zapomniałam…

Śmierć

Umarłam w piątek o godzinie piętnastej. Dokładnie pamiętam moment, w którym zorientowałam się o nadchodzącej śmierci. Było za pięć trzecia… 

Wiecie, jakie to uczucie, gdy dociera do was kategoryczność Losu? Gdy dochodzi do was ta nieodwołalność Postanowienia, że to już za chwilę? Pięć minut?!

Łatwo o panikę. 

Dreszcz paniki przebiegł więc po moim (żywym jeszcze) ciele. Ale coż z tego, że człowiek ulegnie panice? Tu nie ma czasu na tak bezproduktywne stany. Pięć minut to niewiele, choć nagle ten z pozoru niewielki czas jakby zyskał nową wartość. A właściwie nieskończenie wiele wartości. 

Siedziałam wtedy naprzeciwko okna, obok którego wisi zegar skrzynkowy. Zegary skrzynkowe głośno odmierzają sekundy. W ciszy popołudniowej, w echu tej wstrząsającej wiadomości (że za pięć minut), owo tykanie zegara osiąga wymiar totalny. 

I nieskończony. 

Wymiar totalny i nieskończony – w skrócie Nadwymiar odnosi się zarówno do Raju jak i Piekła. Aby to zrozumieć, należy przywrócić w pamięci matematyczną zasadę zbiorów, w której A i B należą do zbioru C. Wymiar totalny i nieskończony odgrywa tu rolę zbioru C, a poprzednie literki oznaczają odpowiednio: Piekło i Raj. Czyli Nadwymiar.

Jezu. 

PIĘĆ MINUT! Jak będę tak jojczyć, że za pięć minut, całe pięć minut szlag trafi i cześć. Czas nie jest z gumy.

Chociaż? Jeśli tykanie zegara osiąga wymiar totalny i nieskończony – znaczy, że jego tykanie nie kończy się nigdy. Nie kończy się bowiem żadna wartość z matematycznego punktu widzenia. Dążenie do zamknięcia czegokolwiek jest procesem nigdy nie zamkniętym, ponieważ zawsze znajdzie się jakieś 9 po przecinku. Jeśli zatem nie może się zamknąć – dajmy na to – sekunda, to jak może się zamknąć pięć minut? Sami spójrzcie, ile to czasu! I ja mam to wytrzymać tu, przed tym zegarem, jak za oknem wiosna? A za oknem Raj…?

Każda nauka ma swoje paradoksy, matematyka również. Zrozumiałam to bardzo dokładnie, niestety już po śmierci. Ale nie gadajmy o matematyce, czasu szkoda. Choćby i całej wieczności. 

Siedzę więc, jak wspomniałam, na przeciwko okna, słyszę to tykanie i zmagam się z ciągle jeszcze walącą do bram mojego umysłu paniką. Wali i wali, trochę mnie męczy. Nie mogę uchylić drzwi i powiedzieć, żeby sobie poszła, bo nie dość że stracę cenny czas, to jeszcze nic nie zyskam. Gorzej: pogrążę się. Ona z pewnością to wykorzysta, wsadzi nogę w drzwi, wepchnie się razem ze mną do środka i popłyniemy obie w tę część zbioru, którą oznaczyliście Piekło. 

No więc tkwię nieruchomo, jak człowiek, który po linie się porusza i właśnie zagroził mu upadek. Zastygam w bezruchu. Powiem wam na marginesie, że warto przyswoić tę zasadę. Jest to zasada z Nadwymiaru i działa bez zarzutu. Gdy wpadacie w panikę – nie róbcie nic. Bezruch. Trzeba to przeczekać. Każde działanie w panice skutkuje runięciem do Piekła.

I tak ja – niczym linoskoczek – tkwię marmurowo i patrzę na drzewo za oknem, a wspomniane drzewo ma na imię Wiąz. Ptaki go lubią. Szczególnie upodobały go sobie dwie sroki i kos. Sroki są niezwykle mądre. Mniej więcej tak w połowie mojej choroby (gdy już zapomniały o mnie wszystkie przyjaciółki) – sroki zaczęły mnie odwiedzać. Jedna nawet pochwaliła, że mam ładne gniazdko. W sensie, że urządziłam ładnie. Przyjemnie mi się zrobiło. Kos natomiast śpiewa. Ale teraz, przed moją śmiercią wszystko jakby ucichło. Sroki milczą. Kos milczy. Świat się zatrzymał. Przenoszę wzrok na zegar, ledwo odmierzył minutę. To się faktycznie nie kończy!

Życie nie kończy się NIGDY.

O kurde. Teraz dopiero panika zaczęła walić w drzwi. NIGDY?! Nieźle się wpakowałam. Boże, co robić? Nie ruszać się. Nie ruszać się. Nie ruszać się. 

I tak dobrnęłam do drugiej minuty i zostały mi już tylko trzy. 

Nie można pochopnie stwierdzić, że to już z górki. Nie. Bo jak człowiek przebimba na zmaganie się z paniką jedną trzecią czasu, to KURDE NIE MOŻE PRZEBIMBAĆ RESZTY NA ŻAŁOWANIE, ŻE PRZEBIMBAŁ JEDNĄ TRZECIĄ!

Ok. Trzy minuty. Co jest do zrobienia? 

Testament! Jaki testament? Co? Czekajcie, analiza, synteza. Po kolei. 

I teraz dzieje się to, co na filmach. Klatka po klatce wszystkie załatwione i niezałatwione sprawy, całe życie. A stosunek świadomości do nich – po kolei, do każdej z nich – jest stały constans i określony wartością samą w sobie, a więc normą W. o nazwie: Wyjebka. 

No bo co? 

I tak nie zdążę. Za trzy, o pardon! – dwie minuty mnie nie będzie, więc co mnie to wszystko obchodzi?

I tu nagle (zwróćcie uwagę, jak szybko poszło, na wartości W. zawsze idzie jak z płatka), zbliżamy się do Bramy, którą opisują (po omacku) poeci oraz ci od kościoła katolickiego (nie dość że po omacku, to jeszcze bez poezji), a którą też sama widziałam nieraz. Choć mgliście.

A jednak gdzieś na horyzoncie Jaźni, gdzieś TAM. 

Kiedy to było?

Może wtedy, jak czytałam Vonneguta? Albo gdy z rozpędem wbiegałam do jeziora?

Na pewno był też taki moment, o którym tu nie wypada pisać. Ale był. 

Niejeden. 

No i teraz. Formuje się powoli, nieskończenie wolno. Z tym „nieskończenie” mam dziś ambaras. No więc NIESKOŃCZENIE powoli: sekunda po sekundzie wyrastają kolejne kwiaty magnolii na pergoli Bramy. Rozpina się jej kwiatostan między mną, oknem a ogrodem, w którym mieszka Wiąz. Słońce przenika przez ściany Bramy, jakby była z przeźroczystego marmuru niczym Tadź Mahal. Nie ma już materii, jest tylko Energia. Gęsta, plastyczna, lekka, a jednocześnie nieskończenie (!!!!@#$%^&!!!) stabilna.

A ja dokładnie tak samo jak wiatr, unoszę się z ciała, przenikam swój umysł i lecę przez Bramę. 

Do zbioru A. Bo tak go nazwałam. A. 

A jak Raj. 

Pewna baba w osiedlowym AGD mówiła, że w jej Bramie stoi ławeczka. U mnie żadnej ławeczki nie widać. Zresztą, cóż za pomysł. Jak się przechodzi przez Bramę Raju, to się nie siedzi. Siedzieć można, jak się człowiek zastanawia. Podejmuje decyzje. Waży. Ja nie ważę nic. Ja lecę. 

Ale nie tak hop-siup!

Co nagle to po diable. A ja w tym momencie nie powinnam ryzykować tego rodzaju zwyczajów. Wiadomo, jak to się kończy. To znaczy, mogłabym powiedzieć, że nie wiadomo, bo oto właśnie przekraczam Bramę Raju, a nie Bramę Piekieł, a jednak skądś (kiedyś napiszę, skąd) – wiem. Jak się siedzi w Raju, to się właściwie wie wszystko. Czemu? Bo żeby trafić do Raju, najpierw trzeba przemierzyć nie tylko Bramę Piekieł, ale literalnie całe Piekło, z każdą jego meandrą oraz – co ważne! – z piwnicami włącznie. 

Dobra, wrócimy i do Piekła. Tymczasem mam ostatnią setną, tysięczną, milionową sekundy, tą zagubioną w procesie matematycznym jedynkę po przecinku – żeby zebrać tyłek z tego świata, o którym od tej pory będę mówiła Wasz Wymiar, w skrócie WW. No więc zmykam z WW, nic mnie tu nie trzyma już. 

Tylko jedna myśl nagła. 

Taka analogia.

Człowiek ma skłonność do porównań, analogii, szukania punktów wspólnych. Bo kto jeszcze ze znanych ludzi umarł o piętnastej w piątek? W TEN PIĄTEK?! WIELKI PIĄTEK?!

Jezus Chrystus. 

A co mówiła Fiolet? (Fiolet jest ode mnie o dwa fraktale wyżej, co nie znaczy, że wie wszystko. Fiolet jest Wichrem i kiedyś wam o niej opowiem.) Otóż Fiolet mówiła, że J.C. umarł w Wielki Piątek o piętnastej. Jak ja. 

No i co? Mało to ludzi umiera o trzeciej w Wielki Piątek?

Inna sprawa, że – jak wspomniałam, Fiolet dużo wie, ale wszystkiego nie. Nie wie oczywistej oczywistości, że Jezus Chrystus wcale nie umarł o trzeciej w Wielki Piątek, bo Jezus Chrystus żyje. A skoro żyje, nie umarł wcale. A już na pewno nie na krzyżu, jak jakiś przegryw. Jezus należy do tych istnień, które przechodzą Ostatni Poziom Świadomości, nie umierają w ogóle, nie mają pogrzebu, ani grobu. Ludzie roją sobie na ich temat cuda, snują domysły, dopisują historię i religię, a oni tymczasem są oraz ich nie ma, bujają w Niebycie oraz Wszechistnieniu i robią, co chcą. 

Jak ja. 

I z tą lekkością NIE-MYŚLI przemknęłam bezszelestnie BR, zza której teraz do was piszę. 

Nazywam się Noemi Susenbach, pochodzę z Wrocławia. Datę mojej śmierci już znacie. Nie wiecie tylko, dlaczego zdecydowałam się pisać 09233w?G”T|$$$$$$$$$$gt365/z zaświatów. Otóż podjęłam się tego zadania z różnych powodów, ale powiem o jednym, tym dla was najważniejszym. 

Żeby was ostrzec.