Selfie

Jestem wykończona. WY-KOŃ-CZO-NA. Boże, jaki mozół coś takiego napisać. Ale jeszcze większy mozół właśnie odwaliłam.

SELFIE.

Serio, zrobiłam sobie selfie. Sama sobie. Rozumiecie. Akcja: nie mam lustra w domu. Czy coś w tym rodzaju. Ale nie. Miałam lustro, mam je zresztą do tej pory. Nie znalazłam jeszcze żadnego powodu, żeby je stłuc, czy przez okno wyrzucić. Lustro jest.

Zatem czemu robiłam selfie?

Są teorie, że selfie pomaga odpalić jakieś zasoby niewygenerowanej serotoniny. Mnie to kiedyś pomogło. Gdy zobaczyłam efekt swojej pracy wpadłam w tak histeryczny śmiech, że można zaryzykować diagnozę wstrząsu serotoninowego. Każdy głupi, nawet lekarz wie, że wstrząs serotoninowy jest niebezpieczny, lepiej się ryzykownie nie bawić.

Ale dziś nie było zmiłuj. Posłuchajcie.

Jak wspominałam, piszę z Eligiuszem do takiego pisma, które założyła pewna osoba o imieniu MM. Samo imię, przyznajcie, robi robotę. Nie widzę tego, żeby osoba o imieniu MM kiedykolwiek robiła sobie selfie. Ale, kuźwa, mnie w to wmanewrowała. Mnie.

MNIE.

Niezła jest. Przyznaję. Ale po kolei.

No więc tak się jakoś poukładało, że po pierwszym tekście powstał pomysł zrobienia galerii dla moich obrazów. A że galeria rządzi się swoimi prawami – trzeba w niej bardziej pokazywać, niż opowiadać – i oprócz obrazów warto pokazać autora. Czyli muszę się pokazać. Ja. W sensie istoty mojego (zaginionego przecież) ciała. Ściśle: chodzi o twarz.

Wszystkie te mgły, które puszczałam w Kosmos do tej pory, podczas technicznej akcji (internet, baner, coś tam) – rozpadają się w drobinki wspomnień.

Za mała rozdzielczość, powiedziała MM.

Szaman od razu się wściekł. Bo go poprosiłam, żeby zrobił mi zdjęcie. Nie od razu tak się z tym selfie wyrywałam. A on za aparat (nie pytajcie, skąd w Nadwymiarze aparaty) i zaczyna robić dokładnie to, co robi za kierownicą (meteorytu, rzecz jasna):

– Kurwa, akurat teraz musi wyjeżdżać z tej uliczki. Akurat, jak TY jedziesz!

Nie, ja nie prowadzę. Rzecz w tym, że to MOJA wina. Bo siedzę obok. I z tym aparatem podobnie. Jest to, według mnie, nieutulona część czułości wobec maszyn, które z racji pochodzenia, czułości nie dostają, a jednak jej pragną, o czym Szaman wie i przecież się nie rozczworzy! Bo on w tym samym momencie naprawia jeszcze rower, zegarek na rękę, stary magnetofon Wilga oraz sprawdza pogodę. No i robi mi zdjęcie. W wielkich nerwach.

Po kwadransie mam sto osiemdziesiąt osiem lat, pomarszczoną skórę i wygięty kark. Moje ciało na fotografiach pstrykanych w wielkim zniecierpliwieniu wygląda dokładnie tak, jakby wyglądało, gdybym je w tamten piątek o piętnastej zostawiła w sarkofagu mieszkania Wió. A przecież go tam nie zostawiłam. Szkoda mi było.

No więc jedyne, o czym marzę, to zabrać je znów i uciekać do gniazda No.

Co też robię.

A potem wołam Czelencz i razem, pocichońku, robimy selfie.

A jeszcze potem leżę nieżywa i piję zaczarowaną herbatkę i czekam, co też za gry i zabawy przygotował mi Los w ten piękny, letni dzień.

Narodziny Feniksa

Robię to na wyłączną prośbę Szamana. I na wszelką jego odpowiedzialność. Przypomina mi się, jak Stefania gotowała pyzy. Po dwudziestu minutach jej ówczesny facet jął przebąkiwać, że może już starczy. Długo trwała batalia o rację. Wreszcie Stefania uległa. „Ale na twoją odpowiedzialność!” – odgrażała się podchodząc do garnka. W garnku pływała breja. Odpowiedzialność? Wiadomo.

No więc Feniks.

Feniks to poszukiwany od wieków ptak o pomarańczowych piórach, szmaragdowym spojrzeniu oraz ognistej naturze. Mój ulubiony bohater literacki, zaraz po Pippi Langstrumpf. Ma w sobie to coś, co zawsze się plasuje pomiędzy. Między powietrzem a ogniem. Obecnością a brakiem. Określonością a nieistnieniem. Fantazją a realizmem. Magicznym.

Między dwiema puentami w punkt! Między odcieniami Betelgezy! Między kroplami deszczu!

Między pokojem dziennym a nocnym.

Każdy artysta o tym marzy. Niewielu się udaje. Większość ląduje w szufladzie z napisem i tyle ich widzieli. Nie każdy ma odwagę latać bez obstawy. Feniks lata. Ba. Feniks nie tylko lata. Feniks płonie!

Ale zanim napiszę o tych płomieniach, muszę ustalić jedną rzecz. Istotnym jest wszak, gdzie tego Feniksa szukać. Bo takich, co go szukali – jest na pęczki, takich co znaleźli – ze świecą szukać. I jedna i druga metoda do bani.

Feniksa się nie szuka.

Feniks sam się budzi.

Aby obudzić Feniksa trzeba być bardzo cicho. Najlepiej zmienić się w kamień, właściwie – w wiszącą skałę. Ja w tym celu włażę na okrągły taborecik, coś w rodzaju hokera. Kładę się na nim na plecach i w powietrzu prostuję ciało. Te „na plecach” jest nieco na wyrost, bo powierzchnia stołka pozwala oprzeć jakąś niewielką partię kręgosłupa, ot punkt zaczepienia, środek ciężkości. I tak zaczepiona o krawędź, bujam się nad przepaścią jak balonik z helem.

Nie wiem, ile w swoje latanie wkłada balonik, ja wkładam wysiłek tytaniczny. W tętnicach wybucha mi pożar. Fuch! – podpalona krew roznosi po ciele ogień. Mięśnie rozrywa eksplozja. Kości strzelają trzaskiem. Płonę. Płonę. Płonę!

Nie. To właśnie płonie Feniks. Spala się w niemożliwym do pojęcia znoju i w niemożliwej ekstazie. Ekstazie, która zaraz, za chwilę, już za moment, jak tylko zgaśnie ostatnia iskra – zaleje mi całe ciało. Bo gdy po kilku minutach zsuwam się podłogę, pożar gaśnie, a z zaczarowanych zakamarków mózgu wytryska fala rozkoszy. I ulga. I radość. I szum w uszach. I turkusowe rozbłyski nieba. I zapach piwonii.

I tętent rozszalałego serca.

I jakaś mewa za oknem.

I pióro niesione przez wiatr.

A ponad wszystko to zwykłe – niezwykłe, uchwytne – nieuchwytne, realne – nierealne, znów darowane ŻYCIE.

Narodziny Feniksa, Noemi Susenbach

Mała śmierć

Najbardziej lubię siedzieć na dnie oceanu. Na górze szaleją huragany, tymczasem u mnie cisza jak makiem zasiał, nawet BaBa z PP nie pierze, chyba umarła. PP też umarł. Na dnie oceanu nie ma nikogo, jest doskonale czarno i cicho. Istny raj.

Ten sam, który był kiedyś piekłem.

Szaman opowiedział mi przypowieść o długich łyżkach. W piekle – mówił – jest wszystko, stoły suto zastawione. Można jeść pod jednym warunkiem. Trzeba posługiwać się łyżką. Do dyspozycji są jednak łyżki z bardzo długimi trzonkami. Tak długimi, że w żaden sposób nie da się nimi trafić do ust. Jedzenie na stołach pachnie, kusi, dręczy. A wszyscy cierpią potworny głód. Przez te piekielne łyżki…

– A w Niebie? – pytam. – Jak jest?

– Dokładnie tak samo. Jedzenie na stołach i długie łyżki. Różnica polega na tym, że tam się karmią nawzajem.

Z moim dnem oceanu jest podobnie. Gdy się tam znalazłam po raz pierwszy, wpadłam w straszliwą panikę. Przygnieciona, sparaliżowana, samotna – zaplątywałam się coraz głębiej w wodorosty i macki ośmiornic. Depresja ma swoje prawa. Poniżej poziomu morza.

Wreszcie, gdy zjadłam już chyba całe psycho-ścierwo, które wyprodukowały koncerny farmaceutyczne, terapeutka kazała mi narysować raj.

Bez namysłu wzięłam kartkę i zamalowałam ją na czarno. Tylko tego pragnęłam. Mroku i ciszy. Nic więcej.

Mrok i cisza.

No to, proszę bardzo! Mówisz i masz. Zanurzaj się choćby codziennie, siedź ile pragniesz. Tylko tam dowiesz się prawdy. Takiej prawdy, od której cierpnie skóra. Takiej prawdy, od której ściska gardło.

I nie, nie chodzi tu bynajmniej o innych. Tu chodzi o mnie, dokładnie o MOJĄ OSOBĘ, jaka jest, czego pragnie, po co przyszła na świat i z KOGO tak naprawdę się składa.

Tu, na dnie oceanu opadają zasłony. Milkną słowa, gaśnie świat. Siedzę u stóp potęgi, w samym oku cyklonu. Mogę suchą stopą przejść przez osławione Morze Czerwone, a nawet przez mój własny Ocean Pomarańczowy. Więc idę.

Pies demona prowadzi.

Najpierw do albumu ze starymi zdjęciami. Ale zanim to się stanie, śni mi się sen. Indianie amazońscy podczas inicjacji szli samotnie w dżunglę, a jedyną ich wskazówką były sny. Ze mną podobnie.

No więc sen. Przychodzą do mnie rodzice. Nie wiem, czy to na pewno jest Amma z Czerwonym Wędrowcem, bo oboje jacyś nieswoi. Mówią mi miłe słowa, są dla mnie dobrzy. Hm. Coś tu nie gra. Ale nic, przyjmuję wszystko z uśmiechem. Tylko zauważam, że byli u mnie już jacyś rodzice wcześniej. Jacyś inni. Jak to? To niemożliwe!

– A jednak. Przyszli we śnie – wyjaśniam.

– We śnie się nie liczy! – mówi Amma, a ja przyglądam się jej coraz baczniej, bo przecież właśnie śnię, to co, teraz też się nie liczy?!

Ona się reflektuje, robi miny i pyta, czy zostawili jakiś kontakt. Owszem, zostawili, odpowiadam. Mam tu gdzieś… – i wyciągam karteluszek z odręcznym pismem. Pismo formuje się coraz wyraźniej, aż czytam na głos takie oto słowo: WENDETA.

Wendeta, powtarzam dwa, może trzy razy, a Amma teraz na starej fotografii – kurczy się, jakby ją ogień trawił. Gdy otwieram usta i chucham w jej stronę, płonie. Gdy się budzę, słyszę własny, kategoryczny, mocny głos: mój oddech zabija.

Jestem małą śmiercią. Mała śmierć to dziecko, którego się nie chce. Dziecko, które swym przyjściem na świat popełnia zbrodnię na życiu matki. I dopóki oddycha, odbiera jej oddech, bo przecież każdy kolejny dzień kosztuje tak wiele, każdy kolejny dzień jest zagrożeniem, że prawda wyjdzie na jaw.

Tymczasem prawda już wyszła, bo to dziecko jest prawdą! Świadectwem, bezwstydnym afiszem skrzętnie ukrywanej hańby! Nikt nie może się dowiedzieć, tymczasem wszyscy wiedzą, bo wszyscy widzą, bo ono żyje, chodzi dziwnie i dużo płacze, a paznokcie ma pokrzywiane.

Budzę się, wertuję stare fotografie. Ciotki, wujkowie… I nagle zastygam w bezruchu nad zdjęciem legitymacyjnym, zdjęciem które znam od zawsze, a które z niewiadomych przyczyn przewraca się po moim życiu od lat.

Nos. Usta. Kości policzkowe. Włosy. Nawet grzywka tak samo faluje nad czołem…

I nagle: łubu, du, lawina wspomnień, strzępów rozmów z dzieciństwa. Wszystko tak nagle, bez znieczulenia, bez wyjaśnienia, jedno za drugim. I to, i tamto. I jeszcze tamto. I jeszcze…

Co to za świat, na który przychodzą „małe śmierci”? Co za życie w niedopasowaniu, w niewiedzy, w nieustającym zdumieniu? Małe śmierci zbierają całe zło i choć są niewinne – wina jest zawsze po ich stronie.

Bo są.

Bo są.

Bo uparcie są i jakby się zmówiły, są WŁAŚNIE TAKIE.

Nie mogę spać. Jednak zasypiam. I znów sen. Śni mi się książka, lektura naukowa. Stoi na półce, nie trzeba daleko szukać. Biologia molekularna, dział Genetyka, rozdział Dziedziczenie. Czarno na białym, bez żadnych odlotów, nieznośnych nadinterpretacji, ot, po prostu: punkt po punkcie leci w przepaść biała wieża.

A na dnie przepaści mrok. I pustka. Nie ma już nic. Nie ma znajomych, przyjaciół. Nie ma też rodziny. Depresja prowadzi przez odmęty, na sam koniuszek oszukanego świata, gdzie, skręcona w embrion, budzi się do życia mała śmierć.


Mała śmierć, Noemi Susenbach (fragment)

Mała śmierć, Noemi Susenbach

Mam go!

Pana Demonium. 

Każde zdanie jest tu teraz nie na miejscu, dlatego pomijam je milczeniem. Nie wiem, czy mój zachwyt jest dostatecznie radosny, czy może trochę podszyty przerażeniem? Próbowałam sobie zrobić selfie, a że w Nawymiarze selfie jest zabronione (chyba że analogiem) – mogłam jedynie siebie narysować. 

Nie wiem, czy to takie „jedynie”, biorąc pod uwagę czas, nakład pracy oraz to, co nazywamy twórczym zmaganiem – podczas gdy selfie robi komórką każdy debil. Przy okazji. Ostatnio, widząc No na deskorolce, wyraziłam coś w rodzaju podziwu, że się nauczyła, w sumie nawet nie wiem kiedy, a ona:

– Każdy debil potrafi jeździć na deskorolce. 

Poczułam się wyjątkowo. Ja nie umiem. 

Wracając do Pana Demonium. Mam go. Ha, ha, ha. Z pewnością chcecie wiedzieć, skąd go mam i w ogóle. Scenariusze są dwa. 

Pierwszy leci tak: 

Szaman Mako wrócił z mórz. Zobaczył moją minę pod tytułem: ile do cholery można czekać?! Zadecydował, dobra, idziemy po pierścionek. Pokonujemy Wnękę Międzywamiarową (to już dla nas betka), idziemy do WW. Tam, niestety, są takie zasady, że rządzą pieniądze. My pieniędzy nie mamy. Ale od czego jesteśmy duchami? Wystarczy, że ukryjemy się pod peleryną niewidką od Nemezis. Tylko że ja, wychodząc z domu, na śmierć zapominam o pelerynie Nemezis. 

Szaman za to niczego nie zapomina. Wyciąga z plecaka pelerynę, chowamy się oboje pod nią, wchodzimy do jubilera. Ale to bez sensu plan, bo przecież sami pod tą peleryną nie wyjmiemy zza pancernej szyby pierścionka. Musimy być widzialni. I normalnie trzeba poprosić subiekta o pierścionek, wtedy dopiero możemy się ukrywać. Czy jakoś tak. Zdejmujemy więc pelerynę. Subiekt w słup. Nie było ich, nagle są. Szaman jest małomówny, ja wręcz przeciwnie, zaczynam więc paplać, że poproszę, na imię Noemi, odłożony, czy mogę przymierzyć, ładna pogoda dzisiaj. 

Facet odwraca się po pierścionek, my z Szamanem szybkie spojrzenia porozumiewawcze, mówiące nie wiadomo co. 

– Co?

– Nic!

– Co mówisz?!

– Nic nie mówię!

– Zachowuj się normalnie!

– Normalnie się zachowuję!

– Dobra, cicho!!!

Subiekt wraca z Panem Demonium. Już z daleka widzę jego blask. Mój! Mój! Mój! Krzyczę całą duszą. Facet mi go wręcza, ja zakładam na palec i w długą. Zapominam nawet o pelerynie, która zostaje w rękach Szamana, który zostaje w rękach policji. 

To ostatnie dochodzi do mnie dopiero za Wnęką Międzywymiarową, gdzie pojmuję, że kosztem pierścionka jest MIŁOŚĆ*.

Drugi scenariusz. 

Lecę do Nogiłóżki. Do Wiednia. Patrzę z meteorytu na wschód Słońca. Od cofającego się Księżyca odrywa się nagle ułamek ostrza księżycowego sierpa i leci przez granat nieba. Życzenie! – myślę sobie i oczywiście je wypowiadam:

– Pan Demonium.

Życzenie spełnia się, lecz nie od razu. Muszą być koszty. 

Jak wiecie, ląduję w Wiedniu, spotykam Nogiłóżkę, wybieramy się na Día de Muertos. Pindrzymy się, stroje, makijaże. I nagle zalegamy jak martwe na trzy dni, aż do nowiu w Skorpionie, który mrokiem wypełnia resztki naszych żyć. Demony! Demony! Zrywam się cała mokra z kamieniami w brzuchu, a Nogiłóżka stoi nade mną w czarnym płaszczu i kamiennym głosem orzeka, że odchodzi. 

– Ktoś musiał zapłacić za twoje życzenie. Księżyc wybrał mnie. 

– Dlaczego nie mnie? – dziwię się. – Przecież to mój pierścionek! 

– Też nie rozumiem – rzuca chłodno obrażona Nogiłóżka i znika. 

A potem znajduję na schodach wiedeńskiej kamienicy skrzydła Nemezis i zaczynam rozumieć tę grę. 

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność. To psychopaci. Za ich wybór, a raczej – za mojego farta, dostaję jeszcze nagrodę. Mam skrzydła. Mam Pana Demonium. 

Ale nie mam przyjaźni.

Który scenariusz jest prawdziwy?


* I, kurde, peleryna!

Bogowie mają różne cechy. Ale najważniejsza z nich to absolutna, bezlitosna, MATEMATYCZNA wręcz bezwzględność

Dziewczyna Szamana

Szaman Mako wypłynął w morze, od tygodnia siedzę więc na materacach sama, względnie z No, o ile No w ogóle się pojawi. No jest orłem, a orły mają to do siebie, że latają bardzo wysoko i bardzo samotnie. Samotność orłów jest samotnością z wyboru, samotnością upragnioną i wielce strzeżoną. Nie zrozumie tego byle człowiek. Dlatego No, podobnie jak ja – skazana jest na niezrozumienie od początku swego istnienia, do końca wieczności. Jedyne, co można z tym zrobić, to przemnożyć przez współczynnik W, czyli wyjebkę

Polecam. 

Dwa słowa o wojnie. Albo nie. 

Nachodzą mnie słowa piosenki: Navigare necesse est. To jest, rzecz jasna, o Szamanie Mako. 

Teraz, gdy wypłynął na te swoje morza, mogę wam parę słów o nim powiedzieć. Jaki właściwie jest? Otóż Szaman Mako to taki typ faceta, którego nie sposób nie kochać. Jeśli jest na świecie jakaś osoba, która go nie kocha, niech żałuje. Bo to straszliwa strata. 

Szaman Mako jest czystą miłością. Wichrem miłości. Jej pełnią. 

Dopóki go nie znałam, pałętałam się w formie nadgryzionej połowy. Bycie połową jest zawsze mniej korzystne od całości. Bardzo łatwo w takim stanie o krzywdę. Człowiek szuka w nadziei jakiegoś substytutu, czegokolwiek ciepłego, ułamka uśmiechu, skrawka aprobaty, którym by siebie oblepił. Najmniejszy przejaw człowieczeństwa przyjmuje więc za agape. Tymczasem to, co spotyka jest tylko czymś w rodzaju kalkulacji. Bo przecież każdy potrzebuje drugiego człowieka do czegoś. Zawsze więc można się PRZYDAĆ. 

Przez poprzednie życie pałętała się więc moja połowa, którą nadgryzano łapczywie i tak skutecznie, aż mnie zjedzono. A teraz, gdy mnie już nie ma i nie ma czego gryźć, wybuchła wojna dająca komuś nadzieję, że jednak z tego niczego da się jeszcze cokolwiek wyszarpać. 

Czemu o Wężu piszę „ktoś”?!

Bo gdy wywołał tę wojnę, ujrzałam kogoś, kogo nie znam i choć wszystko się zgadza, jest to faktycznie mój Wąż: za cholerę go nie poznaję. 

Wyjaśnienia są jak zwykle conajmniej dwa. Albo on się zmienił (choć podobno węże się nie zmieniają, co najwyżej zrzucają skórę), albo ja w tym Nadwymiarze doznałam olśnienia, osiągnęłam pełnię i widzę nieco więcej. Widzę na przykład coś, czego nie ma. Odwrotnie. Nie widzę tego, czego nie ma, choć w poprzednim życiu jakimś cudem, a raczej własnym zwidem: widziałam. 

Uf. Ciężka sprawa. 

Ale, ale. Miałam pisać o Szamanie Mako. No więc pływa. Gdy pływa, jestem sama, a trzeba wiedzieć, że wcale nie jestem tak harda jak No. Samotność nie jest moim żywiołem. Moim żywiołem jest wspólne z Szamanem latanie na meteorytach. 

Ale on teraz pływa! 

Powiecie zaraz: niech nie pływa. I tu jest problem. Bo Szaman – jak już wspomniałam – jest wichrem. A wicher jest w ciągłym ruchu. Kiedy więc Szaman długo nie pływa, dopada go Niewiem. Niewiem jest demonem pustki. Wyżera mu serce. Zostawia tylko powłokę, zagubione truchło opatrzone przerażonym wzrokiem i martwymi ustami wypowiadające w kółko dwa słowa: „Nie wiem”. 

Jak wyglądam?

– Nie wiem. 

Zrobisz jajecznicę?

– Nie wiem. 

Kupisz mi kwiaty?

– Nie wiem. 

Navigare necesse est. 

Viviere non est necesse. 

Powiedziałam o tym Nogiłóżce. Zrozumiała. Ona w ogóle doskonale rozumie Szamana Mako, znacznie lepiej niż ja. Ewelement też go rozumie. Mam wrażenie, że wszystkie go lepiej rozumieją, tylko ja się co chwilę dowalam.

Bardzo trudno w Nadwymiarze wyzbyć się starych przyzwyczajeń. Jeszcze trudniej wyjaśnić ludziom, jak bardzo te stare przyzwyczajenia komplikują sprawy. A przecież wszystko jest niezwykle proste. 

Można to zawrzeć w czterech zdaniach:

Kiedy poznajesz Szamana, stajesz się częścią boga miłości. I potem, gdy on wypływa, zostaje ciebie pół. I te pół woła przez oceany tęsknoty.

Kocham cię. 

Niewiem

Ten tytuł to imię demona. Demona, który ma taki tupet, że wkrada się między mną a Szamanem Mako i niszczy naszą przyjaźń. Szaman przez niego robi się coraz bardziej nieobecny i w ogóle to nic nie wie. Na każde pytanie: nie wiem, albo nic, bo go po prostu nie ma. Nie ma i nie wie. 

Facet w smole. 

A raczej: na wiecznym odpływie Nieistniejącego Morza. 

Maweraszia to małe miki, przynajmniej na razie nie próbuje wejść między mnie a Szamana Mako. Dostałaby tak wpierdziel, że skamląc kuśtykałaby się na wyrwanej nodze do WW w nadziei, że spotka po drodze ziomka, co jej litościwie kawalątek duszy uszczknie. 

  • Kieliszeczek, ziomek?
  • Nie. Dziękuję. 
  • Ale tylko jeden, popatrz, ledwo łażę, a jeszcze nie mam się z kim napić. 
  • No dobra. Ale tylko jeden. 

Tymczasem: ten demon jest niewidzialny. Włazi więc. Psuje. Rozwala. Tylko że ja z każdym dniem wstaję coraz silniejsza, a dziś po prostu przechodzę samą siebie. 

Obudziłam się więc, wstałam i wśród miauknięć Wifi poszłam złapać jakiegoś dorsza. Zeszłam na brzeg Nieistniejącego Morza, po którym w półśnie dryfował Szaman Mako. Spojrzałam na wodę i… teraz napiszę, jakbym była Henrykiem Sienkiewiczem:

Oszczep małej Noemi ze świstem przeciął brzask, rajską toń oceanu rozprysł i wbił się z krwawym bryzgiem w ciało zaskoczonej ryby. Dorsz uderzony, przebył w bezwładzie dwa metry w lewo, drgnął i opadając na dno, skonał. Mała Noemi wyjęła ofiarę z wody, odgryzła jej łeb i zręcznym ruchem rzuciła kotu na pożarcie. 

Tylko że ja tego łba nie odgryzłam, stary, ale odłupałam tasakiem. Elo. 

A potem na tym samym morzu, w którym do niedawna pływał beztroski dorsz, za pomocą mjölnira rozpętałam Niebieski Rytmiczny Wicher. Niebieski Rytmiczny Wicher to coś w gatunku: nie ma zmiłuj, żarty się skończyły. Oraz wszelkie ulgi i zniżki. To jest ten najbardziej niebezpieczny huragan PRAWDY, coś potwornie bezlitosnego, co odziera z wszelkich złudzeń i pozorów. Wobec tego wszelkie ”nie wiem” kruszeje jak wafel. Nie ma takiej bezradności, która się Niebieskiemu Rytmicznemu Wichrowi oprze. Nie ma szans. 

Biedny Szaman Mako z początku próbował jeszcze być:

  1. Zmęczony
  2. Niezdecydowany
  3. Zirytowany (co tu tak rybą wali?)
  4. Śpiący

, ale szybko zrezygnował. Siła Niebieskiego Rytmicznego Wichru z pewnością by go w tym stanie rozbiła o ścianę jednej z fal. Prędko zatem zbystrzał, złapał linę okrętu i trzymając w jednej dłoni swoją dupę, a w drugiej ster, przycumował do brzegu. 

Nie wiem, jak on to zrobił, cuda się zdarzają. Grunt, że ocalał, żyje i jest już znowu „starym”, dobrym Szamanem Mako, wilkiem morskim, który się huraganom nie kłania. A Niewiem odszedł tam, gdzie jego miejsce.

W diabły.

PS. Nie miałam tego Giewontu na liście, ale kilka dni temu dosadnie wyraziłam się o krzyżach wbijanych w bogu ducha winne skały…

Świece żywota

Wy tam się pierdołami zajmujecie, a ja tu walczę o istnienie. Umrzeć można wiele razy, ale najgorszy przegryw to przestać istnieć. Nie wiem jeszcze ile mam śmierci w zanadrzu, a na Górze Przeznaczenia zajmowałam się wszystkim, tylko nie własnym przeznaczeniem. I teraz guzik wiem. Namówiłam nawet Szamana Mako (bo tak się zwie ten introligator), żebyśmy poszli tam po raz drugi, ale oprócz jakiegoś pogrążonego w mozole przewracania się na plecy i grzebania skrzydłami w błocie żuka – nic nie zobaczyłam. I teraz nie wiem, co będzie. 

W międzyczasie – gdy rozstrzygałam swój tajemny los – okazało się, że w czwartym wymiarze sąsiedztwa z mieszkaniem Wió mieszka jakaś baba z psem (znowu pies!) i jest to fakt absolutnie niekorespondujący z moimi wyobrażeniami Nadwymiaru. 

Sąsiadka jak sąsiadka, ale ten pies! Podobno ma tysiąc lat (dokładnie dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć skończył w październiku) i bez przerwy szczeka. Zza sufitu dochodzi mnie więc nieustanne ujadanie, a ja jestem osobą nadwrażliwą, zwłaszcza na dźwięki. No i ten pies. 

Doprowadza mnie do szału. 

To ma być raj?

Szczeka i szczeka. 

Ma na imię PP. I żeby nie było: żaden Pepuś ani Pepunio. To jest skrót od Popie…ony Pies. Po prostu. Popie…ony Pies, który w kółko drze mordę, podczas gdy jego właścicielka Sąsiadka z PP wrzeszczy do niego:

– Cicho bądź!

Tak to wygląda. 

Myślałam. Rozważyłam wszystkie za i przeciw. I zdecydowałam. Trzeba go zabić. 

Oczywiście, zaraz się rzucicie z propozycjami. Mnie też pierwsze co przyszło do głowy, to pójść i zastrzelić. Ale to nie takie proste. 

Wszyscy ludzie na świecie myślą, że strzelanie to taki wyzwalający akt, trach, ofiara pada, a my mamy super samopoczucie, że się uwolniliśmy od szczeku. Trala lala. Byliście kiedyś na strzelnicy? Każdy strzał z broni palnej ma swój odrzut. I to taki, że wyrywa z butów. Trzeba mieć naprawdę parę w łapach, żeby gnata utrzymać. A ja nie mam żadnej pary w łapach, bo dopiero co wygrzebałam się ze śmiertelnej choroby i to w taki sposób, że umarłam. (W dodatku nie wiem, co mnie czeka.) 

To skąd ja mam mieć parę w łapach?

Szaman Mako obiecuje, że poćwiczymy. Ale jeszcze nie teraz, bo muszę dojść do siebie. Ale jak mam dojść do siebie, skoro bez przerwy słyszę ujadanie psa?! 

– Jest coś takiego, jak świeca żywota. 

Szaman Mako jest szamanem i zna różne sztuczki. I choć mnie denerwuje strasznie tym introligatorskim mądralowaniem, nie mam wyjścia, czasem trzeba posłuchać. Gdy więc powiedział o świecach żywota, zamieniłam się posłusznie w słuch, jak młodsza siostra, która słucha starszego brata. 

– Każdy ma swoją świecę żywota. Długość życia zależy od długości świecy. Gdy świeca się wypali, albo: gdy ktoś ją zdmuchnie – kończy się żywot. Jak sama nazwa wskazuje. 

– A to ma coś do psa?

– Ma. Bo jak znajdziemy jego świecę i wypalimy, PP przejdzie do innego wymiaru. I nastanie cisza. 

Od tego momentu zaczęło się poszukiwanie świecy. Szaman Mako przynosi całe opakowania tea-lightów, ja nawet jakieś wysokie do kandelabra znalazłam. Kolor mają odjechany, bo różowy, ale z PP nic nie wiadomo. Wszystko palimy do zera, czekając na śmierć. Na razie bez skutku. Nie ustajemy w czynnościach. Jestem pewna, że się uda. Trafimy w końcu na tę właściwą. I nastanie cisza. 

PS. Czasem tylko przychodzi mi do głowy jedna myśl. Do jakiego wymiaru wysyłamy PP? Bo jeśli do WW, to mu trochę współczuję…

Góra Przeznaczenia

– Północ. Zaczął się dzień Oriona. Tak nazywa się ten pies. Orion. Biały Krystaliczny Pies. 

Powiedział to jakoś tak, jakby mówił w innym języku, a przecież wszystko zrozumiałam. Nie wiem, co to za język. Przychodzi mi do głowy tylko jedno określenie: introligatorski. Nie każcie mi tłumaczyć, nie mam czasu. Jestem właśnie NIE WIADOMO GDZIE, nade mną jakiś zarośnięty facet w piórach opowiada coś po INTROLIGATORSKU, nie wiem, czy żyję, czy właśnie umarłam po raz drugi (a już pierwszą śmierć ledwo przeżyłam!), brak słów. 

  • Co ja tu robię?
  • Leżysz. 

Niezły ten język. Muszę się nauczyć. 

  • Ale konkretnie! Skąd się tu wzięłam? 
  • To nie jest konkretnie, ale dobra. Przyniosłem cię z lasu. A właściwie z góry. Z Góry Przeznaczenia. 
  • Co ja tam robiłam?
  • Leżałaś. 

Zaczynam się zakochiwać w tym języku. 

  • Ale skąd ja się tam wzięłam?!
  • A tego to nie wiem. 

O. 

I teraz klatka po klatce, jak faktycznie podczas śmierci: skąd ja się tam wzięłam? Myśleć, myśleć, myśleć. Ten tu na pewno wiem, tylko głupa pali. Ukrywa!

  • Ja się ciebie nie boję, gadaj skąd ja się tam wzięłam! 
  • Nie wiem. Musiałbym chwilę pomyśleć. 
  • To myśl!

Ale jestem zła. Zaraz wstanę i mu dokopię, serio. Albo nie wiem, co zrobię, zabiję chyba. Introligatorski się napatoczył. Zaraz mi tu wszystko wyśpiewa!

– Poszłaś na spacer do lasu. I wlazłaś na górę. Ot i cała tajemnica. Wielka. 

Teraz to już go nienawidzę. Aaaaaa. Wrrrr. Wr. Oddychaj. Oddychaj. Oddychaj. 

Mógłby się ogolić. To by nie zaszkodziło z pewnością. Żebym go nie zabiła. Boże, po jakiemu ja teraz mówię? Po introligatorsku na pewno nie! Ten język to raczej całkowite przeciwieństwo introligatorskiego. Muszę pomyśleć. Jezu, nie mam czasu.

  • Co to za góra?
  • Góra Przeznacze…
  • A JAKIM PRAWEM POGRYZŁ MNIE TEN PIES, DO CHOLERY!?!??!?!?!

No nareszcie. Nareszcie go mam. Teraz mi się nie wywinie. Pełna przemoc. Przekroczenie wszelkich zasad. Na szczuje się ludzi psami. Kobiet zwłaszcza. Po chorobie. I śmierci. 

  • Nie pogryzł.
  • Rzucił się na mnie! Z agresją! 
  • Nie rzucił się, tylko przeskoczył. Ciebie. Przeskoczył cię. 
  • To dlaczego upadłam?! I jak uważasz: LE-ŻA-ŁAM?!
  • A tego nie wiem. Prawdopodobnie się przestraszyłaś i zemdlałaś. 
  • Pięknie. 

Usiadłam w kucki, podparta łokciami po szyję. Ładne klocki. Nadwymiar. A tak samo jak na Ziemi. Nic się nie zmieniło. Tak się traktuje kobiety w całym wszechświecie. 

  • Na Górze Przeznaczenia nie wolno się bać. 
  • A kto mi zabroni? Jak na mnie pies skacze? Wściekły. 
  • Nikt. Tylko jak się ktoś boi to LEŻY. 
  • A. 

Podsunęłam bliżej stopy na wszelki wypadek. Bo z niedźwiedziem mam chyba do czynienia. Nie wiem, czy on w ogóle kiedyś widział żyletkę. Golarkę. Maszynkę… Czy coś. 

  • Nikt tam nie chodzi. 
  • Czemu?
  • Bo ludzie się boją. 
  • Czego?
  • No właśnie tego. Przeznaczenia. 
  • To ten pies to przeznaczenie?
  • Nie. 

I się roześmiał. Po raz pierwszy zobaczyłam jego zęby. Coś jak kły, serio. Ale ładne. Nienawidzę go. 

  • Ten pies to Orion. Tak się nazywa. Ucieszył się, że zobaczył Ciebie, bo to znaczy, że jesteś jego przeznaczeniem. 
  • No super. Jestem przeznaczeniem psa. 
  • Super jest być czyimś przeznaczeniem. 
  • To czego się boją ci ludzie?
  • No przecież już mówiłem. Przeznaczenia. 
  • A co w nim jest takiego strasznego?
  • Nie wiem. 

Dziwny ten język. Serio. Ale fascynuje mnie. Zaczyna mnie to wkurzać. W sensie, że fascynuje. To mnie wkurza. I że nie wiem czemu, też. W ogóle jestem wkurzona. 

Wrr. 

  • Jak to: nie wiesz?! To co ty w ogóle wiesz?
  • Wiem wszystko. Tak ogólnie. Ale pewnych rzeczy nie wiem od razu, muszę pomyśleć. Jak pomyślę, to już potem wiem. 
  • To pomyśl. 
  • O czym?
  • CZEGO CI LUDZIE SIĘ BOJĄ?!
  • No przecież ci powiedziałem: przeznaczenia. Boją się poznać swój los z wyprzedzeniem. To ich przeraża. Boją się tego i już. Ale nie wiem, dlaczego. 
  • A na tej górze można to zobaczyć?
  • Co?
  • Swój los. Jezu. 
  • No tak. Tam wszystko widać. Z tej góry. 
  • Ja tam nic nie wiedziałam. Tylko tego psa wściekłego. 
  • No to twoim przeznaczeniem jest wściekły pies. 
  • Co?! 
  • No tak. 

Jakie zasady są w Nadwymiarze? Można kogoś po kryjomu zabić? Przecież nikt mnie nie widział. Tylko jakaś Nemezis… Chyba. Albo i nie. Bo napisane było tylko. Chyba w krzakach nie siedziała, co? Zabiję go i po zawodach. Uduszę. 

  • Uduszę cię. 
  • Nie sądzę. 
  • A ty skąd wiesz?!
  • Już ci mówiłem. Wiem wszystko. 
  • I to co będzie też?
  • Tak. 
  • To tamci się boją wejść do lasu, a ty po prostu wiesz?
  • Tak. Dlatego też nie boję się wejść, jak mówisz: do lasu. 
  • A. 

Teraz to już nie wiem. Chciałabym się dowiedzieć, ale denerwuje mnie ten introligatorski. Poleżę sobie. Popatrzę na zegar. 

  • A gdzie ja jestem w ogóle!?
  • No tu. 
  • Gdzie: tu?!
  • No w pokoju. 
  • W jakim, do cholery, pokoju?!

I właśnie w tym cudownym momencie zorientowałam się, że widzę rajską komnatę, w czwartym wymiarze mieszkania Wió na własnej kanapie leżąc. 

– CO TY ROBISZ W MOIM MIESZKANIU?!!

Mogłabym tak jeszcze długo opowiadać. Bardzo długo. Ale nie mam czasu. Jestem potwornie zajęta przypominam sobie, co zobaczyłam na Górze Przeznaczenia. Oprócz wściekłego psa oczywiście. Powiem więc w skrócie. Introligatorski zarośnięty to jest szaman. Dlatego wie wszystko. Więcej o nim napiszę niedługo. Pa!