Papieros w ubikacji

Każde doświadczenie życiowe stanowi lekcję. Tym cenniejszą, im dotkliwszą. Nielogicznym jest mieć żal za lekcję, nie zawsze jednak ma się na nią siłę. W życiu szkolnym najbardziej cenię sobie więc przerwy, zwłaszcza długie przerwy obiadowe. Oraz ferie. I wakacje. Dziękuję szkole za pierwsze kontakty, za dzikie wakacje i nerwy w ubikacji*. 

Więcej nie ma za co. 

Dyrektorka łapie mnie na papierosie w kiblu. Wzywa starego. Stary wygłasza kazanie, jakby zapomniał, że widzę (czuję?), ile paczek dziennie sam wypala. Starzy są przekonani, że dziecko mózgu ani pamięci nie posiada. Dlatego tak dobrze czują się w roli jedynych rozumnych na świecie. Rozum kończy się jednak na tej zawiłości, że dziecko pali, bo starzy palą lub urządzają takie piekło, że nie sposób nie palić. 

I pić. 

I dużo jeszcze gorsze rzeczy robić. Żeby siebie unicestwić. A po co żyć? Wszak rodzice NIEZADOWOLENI. Ze swojego dziecka niezadowoleni. To tak, jakby namalować obraz i się obrazić, że nie jest taki jak chcę. Oczywiście na obraz się obrazić. I kazać mu się przemalować. 

Jezu, jakie to smutne. Jak deszcz, który choćby porządnie o ziemię walnął, piorunami ją roztrzaskał i dał kres temu cyrkowi, tej maskaradzie. (Scena jak z Monty Pythona: cały świat w maseczkach.) Tymczasem siąpi, płacze, łka, przerywa, szlocha, dusi się w szkolnym kiblu. Kapią suche łzy jak tłumione emocje.
Są, a jakby ich nie ma. 


* T.LOVE „To wychowanie”.