Misja Ocean

Zgubiłam dwa diamenty! Faaak!!! 

Ostatnio zredagowałam wiadomość do Ziarna (lecieliśmy meteorytem z Niebiesowem i Ewelin przez WW): „lecimy do Redlajt, fkcr!” Rano, wciąż zdziwiona, że Ziarna nie spotkałam, zorientowałam się wreszcie. Owszem, wiadomość została stworzona, ale nie wysłana. A ja, zanurzona po sam nos w Oceanie Pomarańczowym zlekceważyłam coś tak nudnego jak wysyłanie wiadomości. 

Też tak macie? Wam też największą frajdę sprawia pisanie listów, nie: ich wysyłanie? Wysyłanie to nuda, kolejka na poczcie, drobne na znaczek, kaszlące dziecko na rękach stojącej z tyłu baby. Bo przecież nie faceta. 

Wracając do diamentów. Jestem OBURZONA. Wy już nic nie umiecie zrobić. Wszystko spartaczycie. Wyrwiecie tej Ziemi klejnot z serca i przykleicie go na super-glu. Idioci. 

Szaman Mako wrócił z mórz, nic nie mówiąc przedarł się przez wnękę międzywymiarową, udał się do jubilera, tam rąbnął Pana Demonium, przyniósł mi i wręczył jak na amerykańskich filmach. Zapomniał jednak, że pierścionek rąbnął w WW, a tam już nic nie jest przyzwoite, nawet kamienie. 

Co to za badziew?! 

Ile to kosztowało? Siedemset miliardów dolarów? Weźcie przestańcie. Już nawet powstała historia o przehandlowaniu Nogiłóżki za ten pierścionek, że o Szamanie nie wspomnę*. A to takie dziadostwo?!

Wystarczy. Wiem, że wystarczy. Pan Demonium ma te same cechy, co ja. Gubi się. Gubi wszystko, dlaczego więc miałby nie gubić maleńkich kamyków? A że cech ziemski go nie dogania, co poradzić? Mnie też cech ziemski nie dogonił. 

I nie wygląda, żeby zdołał kiedykolwiek. 

Nie ma rady, trzeba wrócić do WW i zrobić aferę. Jeszcze nie wiem, jak się reklamuje rzecz rąbniętą, ale się dowiem. I wtedy drżyj, subiekcie. Cały świecie, drżyj!

Dobra. Mam misję. Oczywiście, kompletnie nie wiem, jak się za nią zabrać, dlatego piszę. Podczas pisania przychodzą rozwiązania. Żadnych gotowych scenariuszy, czysty żywioł. Oto ja i reszta Wszechświata. Całość. 

Wczoraj przyśnił mi się zapach. Znów użyję języka z szuflady. TO BARDZO CIEKAWE UCZUCIE. 

Zapach jest niewidoczny, a jednak bardzo wyraźny. Czasem kojarzy się z czymś materialnym, jak ściana. Mur. 

Albo obłok, ale o konkretnych granicach, namacalnym wręcz kształcie.

Kiedy wchodzę do mieszkania Wió, wiem, czy ktoś przed chwilą w nim był. Skąd wiem? Po zapachu. Czuję zapach niezwykle wyraźnie, bo cierpię na migreny. Migreny męczą mnie od bardzo wczesnego dzieciństwa. Jest to przypadłość dość przykra, ale ma swoje zalety. Które, rzecz jasna, kiedyś traktowałam jak wady. Właśnie to. Wyjątkowa wrażliwość na zapachy. 

I dźwięki. 

Każdy ruch powietrza. 

Każda barwa oddechu. 

Każda obecność.

Nic nie ujdzie mojej uwadze, choć oczywiście nie zawsze to zdradzam.

Skoro jednak nic nie uchodzi mojej uwadze, a ja nie informuję nikogo, to co z tym zrobić? Przecież nie będę tego dźwigać na plecach przez całą wieczność. Wyrzucę to z siebie w odpowiednim czasie i na swój ulubiony sposób, dokładnie tak, jak umiem najlepiej. 

Na przykład tu. 

Tak, tak. Jesteście w idealnym miejscu o idealnej porze. I jeśli za chwilę zadzwoni telefon, przyjrzyjcie się dokładnie, co widzicie na wyświetlaczu. To jest fala Oceanu Pomarańczowego. Właśnie uderzyła o wasz ląd. 

Warunkiem istnienia jest zmiana. Kto jej nie ulegnie – umiera. A umiera po to, by ulec zmianie. 

Każdy z was boi się zmiany. Ale zastygnięcie w bezruchu nie ma fizycznego uzasadnienia. Mówcie, co chcecie, zgadzam się ze wszystkim. Nie zaprzeczycie jednak, że żyjecie we Wszechświecie. A skoro w nim żyjecie, jesteście jego częścią. A skoro jesteście częścią Wszechświata – jesteście częścią PROCESU. 

Nie ma takiego procesu, który by stał w miejscu. 

Dostałam misję. Nie wiem, czy od Wolfgang, czy jeszcze wyżej. Bo tam, w wymiarze Wolfgang wydaje się najwyżej. Ale to się tylko wydaje. Poziomy pną się w nieskończoność. Bóg jest nieskończonością. Nieskończoność jest Bogiem. 

No więc dostałam misję od Boga. Kłóciłam się trochę. Ale zaczęły wypadać diamenty z Pana Demonium i jest to zdecydowany znak, że mam się dalej nie kłócić. To znaczy: mogę. Ale na cholerę tracić jeszcze rubiny?

Nie wiem, jak się do tej misji zabrać! Powiem wam po prostu, punkt po punkcie, o co chodzi. 

Jak wiecie, jakiś czas temu doświadczyłam błogiego stanu wejścia w posiadanie Oceanu Pomarańczowego. Fajnie. Popluskałam się, popływałam, zabawa. OK. Problem polega na tym, że ja mam się nie pluskać, nie skakać przez fale, nie świrować jak na imprezie u milionera. Nie w tym rzecz. Nie po to jest mi to dane. Owszem, czasem, w piątunio, proszę bardzo. W sobotę. Nie ma sprawy, zabawa jest ważna. Bez zabawy nie ma nauki. 

Zapach, który mi się śnił, był owocowo-kwiatowy. To był zapach pomarańczy. 

Kwiatu pomarańczy. 

Owocu pomarańczy? 

Rozprysłam go w migoczący obłok i wołałam, żeby ktoś przyszedł powąchać. Jak to pięknie pachnie! To przecież najpiękniejszy zapach na świecie. Możecie sprawdzić. Nazywa się Neroli. 

Kwiat pomarańczy inaczej pachnie, niż owoc. Jednak to, o czym piszę, jest jednocześnie i kwiatem i owocem. Jest tym, co widać i czuć. Jest wszystkim.

Przykład. Dawno temu, za życia jeszcze, byłam z Zuzą (kumpelą) w Tunezji. Północna Afryka. Jechałyśmy autokarem przez Saharę. Nagle autobus się zatrzymał, spojrzałyśmy w prawo, a tam jakiś przypadkowy kram w owocami. Obsługuje młody Arab. Jest upał, pustynia. Chłopakowi chce się pić. Bierze nóż, kroi wielką pomarańczę, podnosi połówkę i wyciska wprost do ust. 

Obie z Zuzą podskakujemy na siedzeniach. Mimo szyby, klimatyzacji, zamknięcia szczelnego – obie czujemy ten zapach!

To zapach Oceanu Pomarańczowego.

Który jest mój, ale NIE TYLKO DLA MNIE. 

Kiedyś, w poprzednim życiu z Wężem, w ostatnim porywie dobra kupiliśmy kajak. To był piękny, dziecięcy gest. Każde z nas chciało dostać prezent. On chciał kajak. Ja chciałam zobaczyć jego uśmiech. 

Kupiliśmy, spakowaliśmy na dach samochodu, pojechaliśmy na jezioro. Była piękna pogoda, słońce schodziło ku zachodowi. Szykowała się niezwykła wyprawa. Zwodowaliśmy jednostkę. Ja się chyba już nawet władowałam na pokład, Wąż coś tam ogarniał przy wiosłach, gdy na brzeg wybiegła baba z krzykiem, że to jest JEJ PRYWATNE JEZIORO i precz z wody. 

– Ale co pani zależy? – zapytał Wąż. 

– Właśnie – dodałam rezolutnie, bo ja zawsze taka rezolutna byłam. 

A baba, że jak nam pozwoli, to zaraz się zleci pół Polski po jeziorze pływać kajakami i będzie tu kajakowe centrum doświadczeń. 

Teraz ja jestem tą babą. To znaczy nie tą, bo ja jestem inną babą. Jestem babą, co ma swój własny prywatny Ocean Pomarańczowy i pozwala w nim pływać kajakiem, wpław, jak sobie chcecie. Tylko słomek nie wrzucajcie. Ani butelek PET.


* że o skrzydłach nie wspomnę. 

Dzień proroczy

Nie mówiłam wam jeszcze, że Ewelement spotkała Kalinkę! Tę dziewczynkę z Góry Przeznaczenia! Strasznie dużo rzeczy nie opowiedziałam, a powinnam! Jest jednak pewien problem. Co bowiem znaczy: powinnam? Jaka to część mowy? Że co? 

Sami zrozumiecie po własnej śmierci – w tym wymiarze coś takiego jak „powinnam” nie istnieje. Chyba że w takim wydaniu:

– Która godzina? Czternasta?! Trzeba wstawać!

– Powinnaś jeszcze pospać. Nie pali się. 

To EWENTUALNIE. Tymczasem siedzę w mieszkaniu Wió, do którego poza duchami lgną wszelkie nieprzyjacielskie siły, w tym Wąż. Serio. Siedzę w samotności, palę świece, odganiam zjawy, a tu nagle ktoś wali w drzwi. Nie domofon, tylko od razu: łubu-du!, bezpośrednio z prokuraturą i nagrywaniem rozmów włącznie. 

Pamiętacie ostatnią wizytę Wió? Pamiętacie jak zamieniłam się w marmurową posągowość z zimnym jak sztylet wzrokiem? A pamiętacie moją wizję z nożem? Że noża: nie?

Wzrok. 

To moja jedyna broń. Ta broń działa. Tym razem przynajmniej zadziałała. Choć pewnie wersja Węża będzie inna, zdaję sobie sprawę. 

Grunt że mieszkania nie sforsował. Prokuratura: też nie. Tyle mogę powiedzieć. Dałam radę. W sumie nic wielkiego. Jak się ktoś od kilku dni (zmarłych) zmaga z potęgą duchów, to wizyta Węża, choćby nie wiem jak jadowitego, nie robi. 

Kiedyś bałam się pająków. Raz przyśnił mi się sen, że łażą po mnie w piwnicy, do ust mi wchodzą, do uszu. Obudziłam się, z impetem wyszłam z domu (wtedy jeszcze strasznie się wszędzie spieszyłam), na ganku rozpięta pajęczyna, centralnie rozparty na niej pająk jak pięść ląduje prosto na moim czole. Leniwym ruchem zdejmuję delikwenta z głowy i puszczam wolno w jemu tylko znane rewiry. A potem pomału zaczyna do mnie dochodzić, że coś jest INACZEJ. 

Bo faktycznie czegoś zabrakło w tej scenie. Czego? Wysokiej częstotliwości przeraźliwego pisku i szarpania przestrzeni powietrznej gwałtownie rozrzucanymi dłońmi. 

Miałam w poprzednim życiu znajomych różnych. Kwadratowych i podłużnych. Był taki, co mawiał, że najlepszym sposobem na problem jest drugi problem. Większy. Jest w tym niezaprzeczalna logika. Większy problem wybawia cię całkowicie z frasunku nad problemem mniejszym. 

Tak i teraz. Jeśli ktoś ma do czynienia z najazdem duchów, nie piszczy przed najazdem Tatarów. Swoją drogą, muszę uważać, co piszę, bo zdradzam, że Szaman wypłynął, nikogo tu nie mam do obrony. Jestem bezbronna jak motyl w szkatułce. I jedyne, co mogę zrobić, to dzielnie odpierać ataki. 

Jak Sechmet. 

PS. Pojawiła się No i z miejsca zakomunikowała, że wychodzi. W sensie: wylatuje. Odkryła właśnie nową pasję. Fotografia. Tak, wiem, zaraz się pojawią głosy, że w Nadwymiarze fotografia jest zabroniona. Owszem. Zapomniałam jednak o pewnym wyjątku. Fotografia ANALOGOWA. To można. 

PS2. Zapomniałam też powiedzieć najważniejszego. Według Kalendarza Majów dzisiejszy dzień jest dniem proroczym. Wszystko, co dziś się wydarzy będzie miało dalszy ciąg w kolejnym roku. To jak sen proroczy, tylko że na jawie. Ma jednak tę wyższość nad proroczym snem, że ma się wpływ. 

Tak tylko mówię, jakby ktoś był zainteresowany swoją przyszłością… 

Sechmet

Dziewczyna Szamana

Szaman Mako wypłynął w morze, od tygodnia siedzę więc na materacach sama, względnie z No, o ile No w ogóle się pojawi. No jest orłem, a orły mają to do siebie, że latają bardzo wysoko i bardzo samotnie. Samotność orłów jest samotnością z wyboru, samotnością upragnioną i wielce strzeżoną. Nie zrozumie tego byle człowiek. Dlatego No, podobnie jak ja – skazana jest na niezrozumienie od początku swego istnienia, do końca wieczności. Jedyne, co można z tym zrobić, to przemnożyć przez współczynnik W, czyli wyjebkę

Polecam. 

Dwa słowa o wojnie. Albo nie. 

Nachodzą mnie słowa piosenki: Navigare necesse est. To jest, rzecz jasna, o Szamanie Mako. 

Teraz, gdy wypłynął na te swoje morza, mogę wam parę słów o nim powiedzieć. Jaki właściwie jest? Otóż Szaman Mako to taki typ faceta, którego nie sposób nie kochać. Jeśli jest na świecie jakaś osoba, która go nie kocha, niech żałuje. Bo to straszliwa strata. 

Szaman Mako jest czystą miłością. Wichrem miłości. Jej pełnią. 

Dopóki go nie znałam, pałętałam się w formie nadgryzionej połowy. Bycie połową jest zawsze mniej korzystne od całości. Bardzo łatwo w takim stanie o krzywdę. Człowiek szuka w nadziei jakiegoś substytutu, czegokolwiek ciepłego, ułamka uśmiechu, skrawka aprobaty, którym by siebie oblepił. Najmniejszy przejaw człowieczeństwa przyjmuje więc za agape. Tymczasem to, co spotyka jest tylko czymś w rodzaju kalkulacji. Bo przecież każdy potrzebuje drugiego człowieka do czegoś. Zawsze więc można się PRZYDAĆ. 

Przez poprzednie życie pałętała się więc moja połowa, którą nadgryzano łapczywie i tak skutecznie, aż mnie zjedzono. A teraz, gdy mnie już nie ma i nie ma czego gryźć, wybuchła wojna dająca komuś nadzieję, że jednak z tego niczego da się jeszcze cokolwiek wyszarpać. 

Czemu o Wężu piszę „ktoś”?!

Bo gdy wywołał tę wojnę, ujrzałam kogoś, kogo nie znam i choć wszystko się zgadza, jest to faktycznie mój Wąż: za cholerę go nie poznaję. 

Wyjaśnienia są jak zwykle conajmniej dwa. Albo on się zmienił (choć podobno węże się nie zmieniają, co najwyżej zrzucają skórę), albo ja w tym Nadwymiarze doznałam olśnienia, osiągnęłam pełnię i widzę nieco więcej. Widzę na przykład coś, czego nie ma. Odwrotnie. Nie widzę tego, czego nie ma, choć w poprzednim życiu jakimś cudem, a raczej własnym zwidem: widziałam. 

Uf. Ciężka sprawa. 

Ale, ale. Miałam pisać o Szamanie Mako. No więc pływa. Gdy pływa, jestem sama, a trzeba wiedzieć, że wcale nie jestem tak harda jak No. Samotność nie jest moim żywiołem. Moim żywiołem jest wspólne z Szamanem latanie na meteorytach. 

Ale on teraz pływa! 

Powiecie zaraz: niech nie pływa. I tu jest problem. Bo Szaman – jak już wspomniałam – jest wichrem. A wicher jest w ciągłym ruchu. Kiedy więc Szaman długo nie pływa, dopada go Niewiem. Niewiem jest demonem pustki. Wyżera mu serce. Zostawia tylko powłokę, zagubione truchło opatrzone przerażonym wzrokiem i martwymi ustami wypowiadające w kółko dwa słowa: „Nie wiem”. 

Jak wyglądam?

– Nie wiem. 

Zrobisz jajecznicę?

– Nie wiem. 

Kupisz mi kwiaty?

– Nie wiem. 

Navigare necesse est. 

Viviere non est necesse. 

Powiedziałam o tym Nogiłóżce. Zrozumiała. Ona w ogóle doskonale rozumie Szamana Mako, znacznie lepiej niż ja. Ewelement też go rozumie. Mam wrażenie, że wszystkie go lepiej rozumieją, tylko ja się co chwilę dowalam.

Bardzo trudno w Nadwymiarze wyzbyć się starych przyzwyczajeń. Jeszcze trudniej wyjaśnić ludziom, jak bardzo te stare przyzwyczajenia komplikują sprawy. A przecież wszystko jest niezwykle proste. 

Można to zawrzeć w czterech zdaniach:

Kiedy poznajesz Szamana, stajesz się częścią boga miłości. I potem, gdy on wypływa, zostaje ciebie pół. I te pół woła przez oceany tęsknoty.

Kocham cię. 

Idź i patrz.

Kto czytał Ojca Chrzestnego, ten wie, że stan wojny wymusza na bohaterach „pójście na materace”. Ja teraz jestem na materacach w dosłownym tego słowa znaczeniu. Szaman znalazł na jakiejś wystawce i przytachał, bo w mieszkaniu Wió zamieszkała No. I niech brak jej określenia będzie przeźroczystym tłem, siatką-preludium do właściwych przyszłych określeń jej boskości. Bo No jest boginią. Jej imię to skrót od NKO, czyli Niebieski Kosmiczny Orzeł. Jest boska. Chciałabym teraz o niej pisać długo i dużo, ale nie mogę, nie mam czasu, na wojnie jestem. Napiszę, jak tylko ogarnę broń. 

Znacie ten klimat. Siedzi Kmicic, czy jaki inny gieroj na klepisku, na łeb mu lodowatą wodę ze studni leją i przynoszą. Kołczan. Spluwę. Szablę. Miecz samurajski. A on kręci głową, nie, nie to, ciągle nie to. Tak teraz ja. 

Siedzę w kastrze. Kastra to jest taka bania na kąpiel. Niektórzy w WW używają jej do mieszania wapna. Błąd oczywisty, na szczęście nie mój. Ja się idealnie po tej śmierci mieszczę w kastrze i nic mnie z waszym wapnem nie łączy. Siedzę więc zanurzona i nikt mi, rzecz jasna, na głowę niczego nie leje (bym zabiła), nikt mi żadnej broni do wyboru nie przynosi (a to już na pewno). Bohaterowie książek Sienkiewicza wybrzmieli już dawno. Czas na real. 

Chochla. 

Pomysł dobry, bo praktyczny. Mało w nim jednak finezji. Sechmet może się dąsać. Inna rzecz, już miałam na temat chochli pogadankę z Wolfgang i choć mi wskazała, jako faktyczną – koniec końców odmówiła, argumentując, że to zbyt słabe: 

– Zmachasz się, umordujesz, a ledwo muśniesz. On tylko się skrzywi, nic więcej. Widziałaś, żeby ktoś chochlą Węża załatwił?

Nóż. Nóż pojawiał się w naszych rozmowach dwukrotnie. Po raz pierwszy – zaraz po chochli, jako skuteczniejszy. Po raz drugi – niedawno. Wolfgang mi pokazała wizję na Kryształowym Lustrze. Zobaczyłam pojedynek. Szaman Mako szamoce się z jakimś drabem, ja na pomoc lecę, szybko do kuchni Wió, szukam w gorączce, znajduję nóż, podaję Szamanowi, tymczasem drab mi go z ręki wytrąca, sam łapie i trach Szamana po udzie. – Kuźwa, tętnica udowa! – ja w pisk, oni na przeciwko siebie stają, ja znów w ten głupi pisk, co robić, co robić… i widzę nagle OCZY. 

JEJ OCZY. 

Tyle razy chciałam wam powiedzieć, że czytałam w Księgozbiorze (tak, milion razy się zbierałam, żeby wam powiedzieć, że tu jest magiczny Księgozbiór, a w nim WSZYSTKO, razem z tą książką „Słownik Symboli” i inną, pod tytułem: „Cudowna Planeta”. W tej ostatniej przeczytałam o Nemezis, bo już byłam w cholerę zaintrygowana, czemu mnie prześladuje to imię. Raz na Górze Przeznaczenia, dwa – kto strzelał w Fargo, trzy… no właśnie. Wiem, kim jest drab! 

Widzę, poznaję po zębach. Widzieliście zęby węża? Nie da się ich zapomnieć. No więc widzę, wystają spod podniesionej w zacietrzewieniu wargi, myślę szybko: biec po drugi nóż? 

Nie. Mówią JEJ OCZY. 

Nigdzie nie biegaj. 

Tylko patrz. 

Idź i patrz. 

Idę więc z gołymi rękami i patrzę jak mój wzrok obraca wszystko w pył. 

Oni walczą, ja w pisk i… widzę nagle oczy.
Jej oczy…

Kiedy zaczyna się śmierć?

Od dwóch tygodni jestem na wojnie. Ściśle jestem w obozie polowym, w swoim namiocie szykuję się do akcji. Wygląda to tak. Najpierw sukienka. Wojownik musi mieć właściwe odzienie, dobrze to wiecie. A ja mam naturę lwicy. Moje wojenne imię to Sechmet. Wolfgang mi powiedziała. Opowiedziała mi też o Sechmet. To lwica, którą bóg Słońca Ra wysłał na Ziemię, aby przywróciła wiarę wśród ludzi. Sechmet się nie patyczkowała i poszła rezać. To dobry argument, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z bezrozumnym motłochem. Całe moje poprzednie życie próbowałam ROZMAWIAĆ z bezrozumnym motłochem. Nic to nie dało. Po pierwsze nikt mnie nie rozumiał, po drugie nikt mnie nie rozumiał. 

Zwłaszcza Wąż.

W zrozumieniu tkwi wielki sens. Bycie zrozumianym to podstawa sukcesu. Ja tego za swojego życia nie osiągnęłam, dlatego umarłam. Teraz już wiem, że bez sensu są gadki i tłumaczenia. Wąż posługuje się innym językiem niż lew, czy pantera. Rozdwojonym. 

Wąż wypowiedział mi wojnę, choć przecież dawno umarłam. Nie wiem, jak można chcieć walczyć z trupem, ale dobra. Bardzo proszę. W sumie – choć się wzbraniałam jak mogłam – nawet to lubię. Podejmuję rękawicę w kolorze czerwonym. Imię Sechmet zobowiązuje. 

Więc sukienka. Obcisła i czerwona. Do tego naszyjnik ze szmaragdem (Guovssahas), drugi: z czarnym kamieniem od Czerwonego Wędrowca. Nie wiem, czy wspominałam, z Czerwonym Wędrowcem łączą mnie więzy krwi, dlatego ten kamień jest taki ważny. 

No i trzeci naszyjnik: od Szamana Mako. Przedstawia on koło wysadzane białymi kamieniami. Nieskończoność. I tu właśnie wracamy do zagadnienia poruszonego w tytule. 

Kiedy zaczyna się śmierć? Śmierć, moi drodzy, zaczyna się dokładnie w momencie życia. Życie jednak nie zaczyna się nigdy, bo życie jest wieczne, jak symbol koła. Zatem śmierć jest ZAWSZE. Gdy spotykamy ją na drodze obok wysypiska śmieci, wcale nie znaczy, że ona się właśnie zaczęła. Ona była, jest i będzie. Ona jest naszym cieniem, a jak trzeba to i blaskiem. Kołem, które nigdy nie przestaje się obracać. Jeśli jest śmierć to i jest życie. Wygrywasz zawsze. 

Amulet od Szamana Mako ma więc wielką moc. Amulet od Szamana daje nieśmiertelność. Cholera, to nie jest dobre słowo. 

Amulet od Szamana Mako daje WIECZNOŚĆ. 

Sechmet rezała ludzkość przez kilka dni. W końcu przyszło opamiętanie, wiara w Słońce wróciła. Bóg Ra odetchnął i zesłał wiadomość do lwicy, aby przestała rezać. Sechmet jednak nie należy do istot posłusznych. Ani myślała kończyć zabawę. W ten oto sposób stała się boginią, bo tylko bogini ma śmiałość nie słuchać boga. 

Siedzę w obozie polowym i pobieram nauki. Nigdy nie sądziłam, że stanę się Walkirią. Pamiętacie, wkroczyłam do Nadwymiaru, spotkałam Szamana, pobiegaliśmy po lesie, polataliśmy na meteorytach – czysty ubaw dzieciaków. Tymczasem do Nadwymiaru podstępnie wdarł się WW. Wężowe syki dobiegły moich uszu. Muszę bronić raju. Muszę bronić Nadwymiaru. To wielka odpowiedzialność i wierzcie mi, nie pisałam ostatnio, bo z przejęcia narobiłam pod siebie. Nie można jednak robić pod siebie zbyt długo. Trzeba założyć czerwoną sukienkę i załadować kołczan. 

Przez całe życie słyszałam, że dziewczynki nie walczą. To w sumie bardzo wygodna opcja dla tych, co niby walczą. Taka walka bez wroga. Zabawa na patyki. Kopniak bez rewanżu. Świetna zabawa. 

Trzeba było umrzeć, żeby się dowiedzieć, jak jest naprawdę. Otóż prawda jest taka, że dziewczynki walczą i to w stylu koncertowym. I oto właśnie ja, mała Noemi, idę na wojnę. 

Skupienie. Koncentracja. Taka koncentracja, jakiej nikt się nie spodziewa. Bo przecież dobrze wiemy, jak to jest z koncentracją kobiety. Wystarczy płacz dziecka i po zawodach. Tymczasem ja mam zadanie bogini. Nie ma płaczu dziecka, nie ma dźgnięć w czuły punkt. Nie ma czułych punktów. 

W obozie polowym słyszę mnóstwo historii. Bogowie mieli te swoje pięty achillesowe, jeden był kulawy, drugi stracił włosy. Zawsze coś. Jakaś ułomność i pozamiatane. Tymczasem ja nie mogę sobie na to pozwolić. Zero słabości. Co to dla mnie? Bułka z masłem.

Właśnie dlatego wmówiło się dziewczynkom, że nie walczą. Są tak niebezpieczne, że odebrano im broń. Ich najlepszą broń: doskonałość. 

Kiedyś byłam pisarką. Napisałam książkę o kobiecie dość doskonałej. Podobno bestseller. Wiecie skąd wzięło się słówko: „dość”? Wąż je wymyślił. 

Wąż ma zdolność wślizgiwania się w meandry cudzej psychiki, radzi sobie z nią na medal. Tylko jedno małe słówko, a zobaczcie jaka różnica. Tylko jedno małe słówko, a kołczan odebrany. 

Bałam się umrzeć. Wierzyłam, że po śmierci nie będę mogła pisać. Tymczasem: sami widzicie. Już nawet Fargo nie jest potrzebny. Swoją drogą – zabawna historia. Szedł zrobić mi internet i ktoś w niego strzelił. Strzał był tak celny, że Fargo nieprzytomny trafił do szpitala, w szpitalu dokładne badania, nic nie znaleźli. Pocisk musiał przejść dokładnie między tkankami w taki sposób, że nie uszkodził żadnej. Nieźle co? Fargo blady i przerażony. Komputer podczas jego nieprzytomności diabli ponieśli. Kaniec filma

Zadzwonił do mnie i powiedział, że on tej Nemezis nie robi. Jeszcze mu życie miłe. Jeszcze mu śmierć nie pisana. 

Mężczyźni są tacy śmieszni. Śmierć mu nie pisana. Zara Li przewróciła się na plecy. A potem przyszła Wifi, spojrzała (bo Wifi tylko patrzy, rzadko się odzywa) i wszystko stało się jasne. Na cholerę ci Fargo, mała?

Niewiele mogę napisać, bo wojna to wojna. Poczytajcie o enigmie. Jeśli zobaczycie gdzieś ducha w czerwonej sukience z poszarpanym pazurami rękawem, chuchnijcie na szczęście. I lepiej nie podchodźcie. Sechmet nie wybiera. Sechmet idzie rezać. 

PS. Ciągle zastanawiam się, czy mam wszystkie amulety. 

PS2. Jutro środa. 

Zara Li


Józefstalina i Wąż

Zanim zacznę pisać na serio, muszę wspomnieć trochę więcej na temat przyczyny mojej śmierci. Chodzi o dwie osoby z mojego poprzedniego życia. Czyli z WW. 

Pierwsza z nich to Wąż. Wąż przyśnił mi się jeszcze w dzieciństwie i według ostrzeżeń tego proroczego snu, miał mnie w przyszłości ukąsić. 

Śmiertelnie. 

Gdy podrosłam, faktycznie poznałam Węża, a nie pomna snu (kto w WW zwraca uwagę na sny?) – nawet się z nim zaprzyjaźniłam. Więcej. Pokochałam go. 

Niestety, zaczął mnie kąsać. A ja zakochana. Wiecie jak jest. „To tylko raz się zdarzyło”. „To na pewno przypadek”. „On nie chciał”. A to, a tamto, a sramto. I tak długo i dotkliwie mnie podgryzał, aż się rozchorowałam. Jak już wiecie: śmiertelnie.

Zanim jednak umarłam, poznałam pewną kobietę o imieniu Józefstalina. Józefstalina należy do typu, jaki świetnie określa pewien gatunek ptaka, którego widziałam kiedyś na YT. Ten ptak tak doskonale naśladuje dźwięki, że w pewnym momencie człowiek jest kompletnie zdezorientowany, czy stoi przed nim pierzaste zwierzę, czy na przykład przejeżdża wyścigówka. 

Józefstalina też tak umie, tylko lepiej. Potrafi bezbłędnie naśladować całe sekwencje zachowań. Kiedy więc ją poznałam, odetchnęłam z ulgą: wreszcie ktoś inteligentny, na moim poziomie. Błąd. Bo Józefstalina po prostu tak wiernie naśladowała mnie samą, że uległam iluzji „człowieka na własnym poziomie”. I w tej iluzji znalezienia prawdziwej przyjaźni trwałam do momentu, gdy (aby się ratować) postanowiłam opuścić Węża. Zadzwoniłam do Józefstaliny:

– Odchodzę od Węża. 

– Ach! Przekaż mu, że NIE JESTEM po twojej stronie. 

Od tamtej pory zostałam sama. A potem umarłam. A gdy leżałam w rajskiej komnacie i karmiłam się kolorami Nadwymiaru, aby dojść nieco do siebie po tej zdradzie i (bagatela) śmierci, coś mi kazało wreszcie wstać i rozejrzeć się po okolicy. Bo to jednak, umówmy się, kosmos jest. 

Wstałam. Wyszłam z mieszkania Wió (a raczej z jego wyższego wymiaru), przeszłam przez rajski ogród i poszłam w górę, do lasu. 

Las to był, kochani, ABSOLUTNY. 

Mroczny, a jednocześnie kolorowy. 

Gęsty, a jednak przejrzysty. 

Cichy, a przecież pełen szeptów. 

Najpierw zauważyłam motyla. Pazia Królowej. Nie opuszczał mnie na krok. Jakby mnie śledził. Być śledzonym przez motyla to jednak żaden powód do niepokoju. Szłam więc powtarzając wciąż słowa zasłyszane na początku mojej podróży w Nadwymiar: „nie bój się, nie bój się…”. 

Niebo prześwitywało przez korony drzew i przypominało tamto, z zaćmienia słońca. I coś w powietrzu drżało, coś zapowiadało, sama nie wiem: obietnicę, czy grozę?

Szłam. 

Ku górze. Wciąż ku górze. Noga za nogą, choć śmiertelnie wycieńczona, wlokłam swoją duszę w nieznajomym celu. 

Wreszcie doszłam na szczyt. Zamiast się rozjaśnić – las jakby zgęstniał, zabrał mi niebo. Zrobiło się mroczniej i mniej kolorowo. A ja te swoje: „nie bój się, nie bój się” – jak mantrę. Siadam przy tysięcznowiekowym buku odpocząć, wokół mnie chmara komarów. Nie gryźcie, błagam, ja już nawet krwi nie mam. Nie gryzą. Przyglądają się. Ciekawy stanowię wszak obiekt. 

Motyl gdzieś znika. 

Na ziemi leży jagoda kaliny. Podnoszę. Nie jem! Nie wolno! Ale patrzę, a ona taka bezbronna, taka delikatna, taka… sama nie wiem… drażliwa?

Cała na wierzchu z tą swoją czerwienią, tak jak ja, gdy się jeszcze leczyłam i słyszałam od lekarza: „ona ma nerwy na wierzchu”. Tak samo ta. A moje palce na niej. Brr, ostrożnie odkładam jagodę, patrzę wokół. Ale nigdzie nie widzę jej krzewu. Jakby z tego buku spadła. Tysięcznowiekowego. 

I nagle wraca motyl! Ale nie do mnie, pod buk, tylko na ścieżkę, kilka kroków dalej. Nad tą ścieżką lata przez moment i znów znika! 

Jezu, idę zobaczyć. Drogę przecina mi wiewiórka. I znów mrok, jakby ktoś słońce wyłączył, jakby właśnie było tak, jak wtedy, gdy to zaćmienie… 

I widzę ścieżkę. A na niej, jakby patykiem ktoś przed chwilą wyrył jedno słowo:

NEMEZIS. 

Głucho się zrobiło i w głuszy dźwięk tego słowa. To tak, jakbyście przy głośniku stanęli, cisza i nagle: NE-ME-ZIS. A potem to echo w ciszy się roznosi i wam czaszkę rozsadza. 

To tak. 

Stoję więc, rozsadza mi czaszkę i nagle coś białego w kąciku oka błyska. Tylko przez moment zdążyłam spojrzeć, olbrzymi pies w kolorze śnieżnobiałym biegnie, odbija się na tylnych łapach, leci wprost na mnie, ja tylko instynktowny odruch: plecami się odwrócić szybko, jak najprędzej, nie ma mowy o strachu, nie ma mowy o wahaniu, łup, leżę. 

Budzę się, czarno. Zegar tyka. Otwieram powieki. Dwunasta. 

– Północ. 

Głos jest męski. Dorosły. „Nie bój się, nie bój się”- wali mi w głowie. Przenoszę wzrok z zegara na twarz, co do głosu należy… 

 O, Jezu Chryste.