Biały pies i czarny lew

Nikt nie pyta, co się stało z Orionem?

Tacy koledzy.

A więc zgubiłam psa. Zdarzyło mi się to już kiedyś, dawno, gdy byłam w wieku No. W podobny sposób widziałam świat. Jak wyjaśnić tę perspektywę? Właśnie tak. Wychodzisz z domu z psem, idziesz przez miasto, wchodzisz do sklepiku, pies zostaje na zewnątrz, wychodzisz ze sklepiku i wracasz do domu, na śmierć zapomniawszy komendy: – Dragon, idziemy.

Żołnierz nie ma prawa drgnąć bez rozkazu „drgnij”. Tak więc Dragon został pod sklepem, a ja zdumiona na widok niezmąconej przestrzeni – oto jestem sama w domu.

Wtedy wystarczyło wrócić pod sklepik. A gdzie ja mam dziś wrócić? Kiedy i jak przepadł Orion, w którym momencie i pod jakim sklepem siedzi?! Zabijcie mnie, nie powiem.

Bo nie wiem.

Zresztą Orion to nie był (Boże, mówię o nim w czasie przeszłym!) pies, który przy nodze chadza. Biegał po lesie bez żadnej smyczy, wychodził na ulicę, robił co i kiedy chciał. Jego biała sylwetka zawsze majaczyła na horyzoncie. Tymczasem ja, pochłonięta końcem świata, budowaniem arki, odzyskiwaniem i wyrzucaniem za burtę przyjaciół, wreszcie: zaaferowana kotami – nie zauważyłam, że od jakiegoś czasu nie majaczy.

Może to przez Ewelement? Ten księżycowy wilk mógł mnie wytrącić z czujności, wypełnić lukę po psie. Od kiedy jednak Bella włamała się do mojej głowy i zaczęła śnić obrazki z mojego życia, wzmożyłam uważność. Przyjrzałam się, kto jest kim. Tak naprawdę. I tak naprawdę nie ma nigdzie Oriona.

Owszem, był. Był, bo jego obecność stwierdziłam ponad wszelką wątpliwość w okolicy połowy stycznia, gdy rozsypałam brokat.

Już tłumaczę.

Rozgorzała wojna, zdobyłam listę ZŁO. I niby nastała cisza, ale coś mówiło, że pozorna. Żaden wyrok żadnego sądu jeszcze nie zapadł, rzecz będzie się ciągnąć jak epidemia, a póki się będzie ciągnąć, póty będę miała swój bonus w postaci przedstawienia pod tytułem: NUDY BRAK.

Któregoś styczniowego poranka postanowiliśmy z Szamanem wybrać się na wycieczkę. Przeczucie, a może senne ostrzeżenie kazało mi rozsypać brokat w szufladzie. W kolorze żółtym. Nikomu nic nie mówiąc, zostawiłam więc tę finezyjną pułapkę na dokumentach sądowych, czyli dokładnie tam, gdzie najciekawiej.

Czy muszę mówić, że po powrocie ujrzałam mieszkanie Wió całe w brokacie?

Pozostało teraz tylko zgadnąć KTO. Kto zwędził pod nieuwagę i dorobił klucze bez wiedzy i zgody mojej, a co najbardziej wstrząsające – bez wiedzy i zgody prawowitej właścicielki mieszkania, mianowicie ostrej jak brzytew formalistki, chodzącej encyklopedii paragrafów, samej Wió?!

I dalej. Kim jest ten ktoś, kto:

  • nie zauważył brokatu w kolorze żółtym?
  • zostawił ślad w postaci mapy Berlina?!
  • że o połowie grama* nie wspomnę?!

Nie trzeba być Sherlockiem. A ja Sherlockiem nie jestem. Mnie Sherlock może najwyżej browara potrzymać. O ile ewentualnie bym chciała go pić. No, może koronę. Espania serveza. Albo lepiej wodę święconą. Pokój nocny browarów nie pija, pokój nocny pije wodę święconą. Przepis na wodę święconą podam kiedy indziej, mam teraz urwanie głowy, zgubiłam psa.

Właśnie wtedy! Tego tajemnego dnia, gdy zwęszył mi mieszkanie – ślad po Orionie zaginął. Przypadek? Nie sądzę.

Mapa Berlina trafiła do śmierci. Zostawiłam ją u Belli i Leo w pamiętny dzień mikrodawkowania. Nazajutrz afera, jakby zginął milion dolarów. Leo uznał, że to bardzo ciekawe, co w tej śmierci być może, jak na chirurga przystało, wypatroszył Zarę Li…

I dupa mu ze śmiechu odpadła.

Leo jest czarnym lwem. Widzieliście kiedyś czarnego lwa? Pisałam o czarnych lwach w jednej ze swoich książek (tej ostatniej, za którą mi nie zapłacono), miałam więc do czynienia z ich szalonymi, głodnymi duszami.

Czarny lew stoi na straży emocji. Im jest potężniejszy, tym trudniej się do nich dostać. Zdarza się, że zwierzę dostaje kręćka na punkcie swojego zadania. Tak jak Dragon. Dostał rozkaz i koniec. Wrósł na schodkach spożywczaka.

Straż to niejedyne zadanie czarnego lwa. Jest jeszcze coś straszniejszego. Coś, co zmusza lwa do jeszcze pilniejszego strzeżenia emocji, zaciśnięcia pętli wokół własnej szyi.

To skakanie przez płonącą obręcz.

Widziałam to. Widziałam płomienie, słyszałam huk ognia, czułam zwierzęcy strach. I ten zgrzyt kości, ten opór ścięgien, krzyk ze środka trzewi, z samego serca: NIE!

NIE.

NIE.

NIE.

Lew nie powinien skakać w środek ognia. A jednak skacze. Skacze, bo sobie serce zakratował ołowiem tak gęsto, że sam już do tego serca zajrzeć nie może.


*czemu tak mało?!

Wrony, Noemi Susenbach

Święto Życia

Tak w ogóle nie powiedziałam najważniejszego. O Czasie. Czyli o tym, na co składają się wszystkie czasy: przeszły, teraźniejszy, przyszły. A tak się niby rozpisałam ostatnio. 

Dobra. 

Chodzi o to, że codziennie jest jakieś święto. I ja wam o tych świętach nie piszę! 

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że w Nadwymiarze jestem od niedawna, ściśle: od piątku. Nie połapałam się tak od razu w tych świętach. 

Teraz oczywiście nie będę się rozpisywać, kiedy było jakie święto, bez sensu. Może kiedyś jakiś kalendarz narysuję, to wam pokażę. Powiem tylko z tych ostatnich najważniejszych: niedawno było Święto Śmierci. W waszym kalendarzu wypadało dokładnie pierwszego września. Coś mi mówi, że adekwatnie. 

Zara Li zrobiła melanż! Zdziwiło mnie, że nie zażądała jakichś nowych wstążek. Trzeba przyznać, że ta śmierć jest niezwykle skromną osobą, oszczędną w kaprysy. Raz miała zachciankę (pamiętacie: różowy flamaster), potem wymusiła wstążkę w kropki (oczywiście różowe), a potem cisza, amen. I nawet we własne święto: żadnych żądań. Za to humor doskonały.

Wczoraj z kolei było Święto Tożsamości. To jest taki dzień, w którym dusze zaczynają rozumieć, kim są, jak się nazywają i tak dalej. Co ważniejsze: godzą się z tym. Bo chyba największy ambaras jest w tym pogodzeniu. Tymczasem przychodzi Święto Tożsamości, chcesz, nie chcesz: jesteś Ziutek Myszyński (albo Stefan Ziółkowski) i tyle. Masz włosy proste i niekręcone, albo też: kręcone nie proste, rude, mysie, no nie wiem, jakieś tam – I TYLE. 

Niezwykle ciekawe rzeczy kryją się pod zagadnieniem Tożsamości. Bo nie zawsze wiemy, kim jesteśmy. Czasem może nas to zaskoczyć. Ale jak już zaskoczy i zaskoczy: jest naprawdę fajnie. I właśnie po to jest to święto. Żeby to „fajnie” uczcić. 

A dziś jest Święto Życia! 

Trochę brak mi słów na opisanie tego święta. Bo to jest Święto Absolutnie Wszystkiego co żyje. To jest święto sensu istnienia, radości istnienia, radości bycia tu i teraz i wczoraj i jutro. To jest święto sukienki w pomarańczowe słońca, to jest święto makijażu w kolorach zorzy polarnej, to jest święto sandałków, babiego lata, wieczornej randki, wiśni i kaliny. 

To jest święto podskoków na łóżku. 

To jest święto wbiegania do jeziora. 

To jest święto śpiewania pod prysznicem. 

To jest święto latania. 

To jest święto tańczenia. 

To jest święto gilgotania. 

Poddaję się. W każdym razie: próbowałam. 

Nie chcę jeszcze kończyć tego tekstu, bo jak skończę, będę w pocie czoła malować mandalę dla mojej przyjaciółki, o której jeszcze wam nic nie mówiłam. Tak, wiem, pisałam wczoraj o Nogiłóżce. Ale to jest tak, że ja piszę tak jak nadążam, a nie wszystko nadążam pisać. Żyję conajmniej drugie życie (po życiu), życia mi się nakładają, wymiary się przenikają, a w każdym wymiarze istnienia. Nie wszyscy naraz! Ja jestem tu od piątku! Pomału. Pacichońku. 

Moja przyjaciółka nazywa się Ewelin. Nie mylić z Ewelement! Może się nazywają podobnie, ale są z zupełnie innych światów.

Ewelin mieszka w WW. Czyli u was. Czyli: znam ją z poprzedniego życia. I ona w tym poprzednim życiu została. Ale coś ją z niego wyrywa i tym czymś (a raczej: kimś), kto ją wyrywa jest Niebiesowich. Czyli: Niebieski Solarny Wicher. Pisałam wam już o Niebieskim Rytmicznym Huraganie. To jakby siostra Niebieskiego Solarnego Wichru. Niebiesowich to jej brat.

Niebiesowich, jak przystało na prawdziwy wicher, jest pełen sprzeczności. Ale ma dobre zamiary. Dzięki niemu mogę mieć bezpośredni kontakt z Ewelin, mimo różnicy wymiarów. Nieważne. To znaczy: ważne, ale nie teraz. Teraz muszę wreszcie napisać (chociaż strasznie nie chcę!), że Ewelin zachorowała. Zachorowała, tak jak ja niedawno. 

I ja, choć jestem w Nadwymiarze – a może właśnie DLATEGO, że jestem w Nadwymiarze: muszę ją uratować. 

I uratuję ją. 

Razem z Niebiesowichem. I z Szamanem Mako. I z Nogiłóżką. 

Ha. 

A potem zrobimy napad na bank. Pan Demonium się sam nie rąbnie. 

PS. Rabunek Pana Demonium odkładam jak mogę, bo wiem, co się potem wydarzy…

Maweraszia – dusza towarzystwa

Obudził mnie Orion. Psy nie lubią, gdy się zbyt długo śpi. Nie przepadają chyba też za przedłużającym się letargiem wśród biegunów. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że ja wcale nie byłam w letargu. To raczej trans, rozkoszny taniec, wirtuozerska gra na wszystkich instrumentach Kosmosu. Coś wspaniałego. A ten mnie budzi.

Gdy byłam dzieckiem (w sumie nadal jestem dzieckiem), przyśnił mi się magnetofon. Taki prawdziwy, kasetowy. Można było słuchać muzyki, można było też nagrywać! Nagrywało się z radia, ale też z siebie. Kto nie nagrywał swojego śpiewu?! A potem z zażenowaniem nie odsłuchiwał?

No więc śniło mi się, że dostałam magnetofon. Boże, jak się wściekłam po obudzeniu! To tylko sen! To nie fair. To zupełnie nie fair. 

Tymczasem po przebudzeniu naprawdę DOSTAŁAM magnetofon. Najlepszy na świecie, nie jakaś Wilga. Najlepszy. Najprawdziwszy. Dostałam go od Czerwonego Wędrowca. Jeszcze wam o nim nie opowiadałam, ale to tylko z tego powodu, że boję się zacząć. Czerwonego Wędrowca nie da się opisać nawet na bawolej skórze. W ogóle to mam pewne podejrzenia, że Szaman Mako jest z nim jakoś spokrewniony. Tylko jeszcze nie wiem, jak.

Wracając do magnetofonu. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co oznaczają moje sny. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to po prostu proroctwa. Ba. Ja w ogóle nie wiedziałam, że istnieją proroctwa. Wkrótce wyśniłam czyjąś śmierć i wtedy też jakby nie przyjmowałam powagi sytuacji. Dopiero Zara Li wszystko mi wytłumaczyła. 

Jak zwykle odleciałam z tematem, a miałam opowiadać o Orionie. Psy domagają się opieki. Życie domaga się ofiar. Jestem znowu w mieszkaniu Wió! Rzeczywistość mnie dopadła. 

No i stało się. Już mam rozwiązany dylemat ciała. Wió przyszła nie w porę. Akurat dziś, gdy z taką ostrożnością wychodzę z postaci zorzy i wchodzę w rzeczywistość. 

Usłyszałam jak weszła. Wyprostowałam się na fotelu (zdążyłam wygrzebać się z sarkofagu, doceńcie!) Fart, bo akurat miałam na sobie tę czerń cmentarną, a ona zawsze robi wrażenie. Poczekałam spokojnie, aż wejdzie do salonu. 

I weszła. 

I zobaczyła prawdziwą mnie. 

I usłyszała mój kamienny głos. 

Tak niewiele trzeba, żeby ludzi przestraszyć. 

Wió mamy więc z głowy, tymczasem ja nie nadążam z opowieściami, a opowieści mam poważne. Cesarzowa Muślin ze Szczeciny – raz. Rzecz niebywała, drugi po Remusie zaczarowany typek, który stoi (ledwo!) na rogu ulic i sprzedaje (w moim przypadku konkretnie: rozdaje) japońską porcelanę wartą miliardy. Teraz mi przyszło do głowy, że zamiast planować napad rabunkowy, mogłabym ją sprzedać i kupić za nią Pana Demonium. Ale wiem, że gdybym to zrobiła, Cesarzowa Muślin by mnie dopadła w Nadwymiarze Nadwymiarów i zrobiła ze mnie siecz. Sieczą nazywamy pewne masakryczne wydarzenie, stałabym się zatem wieczną wojną, kataklizmem i zagładą po wsze czasy. Dziękulski Stanisław. 

Jestem więc zmuszona do napadu rabunkowego, ale coś mi mówi, że napad rabunkowy w wykonaniu dwóch duchów o łącznym ilorazie inteligencji równym milion – nie będzie stanowić problemu. 

Do Cesarzowej Muślin wrócę, tymczasem kolejna rzecz: byłam w trumnie! To była najdroższa trumna świata, wnętrze (to prawdziwe, nie oglądane przez turystów) piramidy, zaginiony grobowiec Kleopatry. 

Szaman Mako pływał w tym czasie po Morzu Nieistniejącym (Szczecina leży właśnie nad Morzem Nieistniejącym), a mnie skierował pod jakiś podejrzany adres przy cholera wie jakiej ulicy, numer taki i taki. Nie pamiętam. Poszłam przed siebie, kierowana intuicją. I nagle stoję przed wypindrzoną półokrągłą kamienicą z królewskim wejściem. To wchodzę. I widzę własny sen. Portier słaniający się z grzeczności, marmurowe schody, złote okucia poręczy, kapiące kryształem żyrandole. Karingtony. 

Portier daje mi klucze do pokoju 306. A śniło mi się: 9. W sumie pasuje. Idę. Otwieram drzwi pokoju. 

A to jest trumna. 

Grobowiec Kleopatry. 

Żebyście Zarę Li widzieli! Jaka radość! Skakać zaczęła. Widzisz, widzisz? Ze śmietnika tutaj! Widzisz? Widzisz?! Piszczała jak nastolatka. Nareszcie na swoim miejscu. I to jakim miejscu! 

Rozejrzałam się za kobrą, ale spokój. Żadnych węży czy Józefsraliny. Bezpiecznie jak u pana Boga za piecem. Albo (moje ulubione): jak u mamy. 

………………

………………

………………

Przepraszam, musiałam się trochę pośmiać. Już jestem. Rzuciłam się od razu do rysowania, ale po chwili zrezygnowałam. Nie, nie to, że nie umiem. Umiem. Ale jak się jest w takim miejscu, to chce się WSZYSTKO. I zajęłam się wszystkim, ale też nie na długo. 

Bo nagle zrozumiałam, po co znalazłam się w grobowcu. 

Sarkofag jest jak łóżko. Miejsce święte. Moje. Owszem, przychodzą sny, czasem straszne, czasem piękne, ale one są zawsze moimi gośćmi, przybyszami, za którymi schowane są kolejne historie, przyjaźnie, światy. Sny są prorocze, a więc świat w nich to preludium świata rzeczywistego. Czy preludium? A może to jest właśnie właściwy świat, a ten na jawie to jego echo?

Tu, w grobowcu królowej miał mi się pojawić Ktoś ważniejszy, niż wszystkie postacie w moich snach. Wolfgang. 

Kim jest Wolfgang?

Bogiem. 

Pojawia się w snach bardzo rzadko. Do mnie przyszła. Tak, Wolfgang to Ona, nie on. Nie ma takiej możliwości, żeby Bogiem był on. Czemu? To bardzo proste. Żaden facet nie może wydać na świat życia. 

To tak w kwestii formalnej. 

Czyli Ona. Wolfgang. 

Bóg.

Z Bogiem jest tak, że nie wiadomo w jakim języku do ciebie mówi. Ale rozumiesz. Jak nie rozumiesz, to oj. Bardzo słabo. W ogóle to niemożliwe. Chociaż patrząc na obecny świat – niestety. 

Wróćmy do mojego przypadku. 

Po wyhasaniu Zary Li, po moim gorączkowym miotaniu się w celu robienia wszystkiego – zrobiło  się całkowicie czarno. Totalnie. Bez jednego strumienia najmniejszego promyka. Po prostu smoła, czerń, Kosmos. 

I zapłonęło czerwone Oko. 

Oko Boga. To Oko powiedziało swoje imię. Wolfgang. 

A potem powiedziało takie słowo:

Nemezis.

A potem, Boże, nie pamiętam, co było potem. Chyba znów rozszczepiłam się na błękit i szmaragd, bo majaczy mi dylemat, który wybrać kolor. I nagle zobaczyłam oczy. 

I to nie były oczy Wolfgang. 

Poziome, czarne, zapadnięte, demoniczne. Lewe oko wyraźnie okaleczone, czarniejsze, wyzierające z mroku.

Przyjrzałam się tym oczom uważnie, bo coś mi mówiło, że mam je narysować, mam je wam pokazać. Żeby was ostrzec. Nie wiem, przed czym, ale na pewno po coś. Zapamiętałam więc ich wyraz, kształt i już, już miałam wyjść z wizji, gdy coś mnie tknęło, żeby spojrzeć w stronę kryształowego lustra trumny. 

I zobaczyłam, do kogo te oczy należały. 

To był lis. 

Zrobiło się jasno. 

Lis z lustra nie zniknął. 

Jak malowany, a raczej: jak sfotografowany, bo tak dokładny, tak wyraźny, że oczy przecieram. Skrada się. Podchodzi. A oczy ma takie, jak powiedziałam: oczy demona. Prawe czujne, lewe zapadnięte w czerni. Horror z gatunku: naprawdę straszny. Okładka płyty Behemota. 

W pierwszej chwili chcę lecieć po szkicownik. Ale coś (Ktoś?) mnie trzyma przed tą szybą z kryształu, coś mi każe wlepiać w nią wzrok, coś mnie hipnotyzuje. Coś? Ktoś? To lis mnie hipnotyzuje, to lis wdarł się do sarkofagu i teraz wdziera się do mojej głowy. Wślizgnął się do świątyni jak wąż. 

Stoję, patrzę, chłonę jego widok, jego gęste futro, jego miękki chód, jego wzrok w zapadniętych, czarnych, bezdennych oczodołach. I choć obraz w lustrze powstał z jakiejś mgły, z oparów, ten obraz mimo przewiewu wcale nie znikał. Nie bladł ani trochę, przeciwnie – robił się wyraźniejszy i jakby zaczynał z lustra wychodzić! 

I wtedy się przestraszyłam. Automatycznie przetarłam zwierciadło dłonią. Ale demony tak szybko nie znikają.

– Narysuj ją – usłyszałam głos Wolfgang. 

Ją! To ona! 

Chwyciłam za szkicownik i ołówek. Zdążyłam postawić dosłownie kilka kresek. I nagle:

– Maweraszia – słodkim głosikiem przedstawiły się kreski, po czym zaćwierkały: – Priwiet! 

Z miejsca ją polubiłam. Ale miłość jest to niezwykle trudna. Bo Maweraszia jest bajecznie pięknym oszustwem. Przebiegła i okrutna. Piękna i straszna. 

Im dłużej ją malowałam, tym więcej się o niej dowiadywałam. To naprawdę ciekawe uczucie, gdy akt tworzenia pozwala prześwietlać kogoś na wskroś. Kiedy się o kimś chcesz czegoś dowiedzieć, musisz go narysować. 

Maweraszia to jest niezwykły demon. Chodzi tanecznym krokiem, zagaduje, śpiewa. To jest właśnie dusza towarzystwa. W dosłownym tych słów znaczeniu. Wystrojona w czarne rękawiczki częstuje towarzystwo wódeczką. W raju nie ma alkoholu. Posiada go tylko ta chodząca melina. Maweraszia najczęściej urzęduje w WW, tam jest mnóstwo chętnych do zalania swojej czarnej dziury. Czasem jednak coś ją zagna w zaświaty. 

Nie pobiera za swoje kieliszeczki opłaty żadnej. Bierze tylko kawałeczki duszy. Ociupinkę. Troszkę duszy w zamian za kieliszeczek. Nie chcesz kieliszeczka? Nie ma sprawy. Maweraszia ma przy sobie WSZYSTKO.

Co tylko chcesz. 

Wydaje się to opłacalne. Każdy na to pójdzie. Co tam kawałeczek duszy? Przecież nie ma straty. Człowiek nawet nie odczuje. A przynajmniej tak myśli. Bo Maweraszia ma to do siebie, że wraca. Ona wraca po kolejny kawałeczek. Będzie tak wracać, aż zabierze WSZYSTKO. 

Nikt jej nie potrafi odmówić. Wszyscy ją lubią. Uwielbiają. Jej się nie da nie uwielbiać. I Maweraszia to doskonale wie. Dobrze na tym wychodzi. 

Dusza Maweraszi, zlepiona z kawałeczków innych dusz jest potężna i bardzo silna. Niczego się nie boi. Jest tak pewna siebie, że włazi do świątyni samego Boga. I nikt jej nie powstrzyma. 

Nawet Wolfgang.

PS. Jest tylko jedna potęga, która może powstrzymać Maweraszię. Nazywa się Nemezis.

Nie bladła ani trochę, przeciwnie – robiła się wyraźniejsza i jakby zaczynała z lustra wychodzić…

Zara Li

Wiem! Przypomniało mi się! U stóp Góry Przeznaczenia widziałam grupkę dzieci. Była wśród nich mała dziewczynka. Dzieci wołały do niej: „Kalinka”.

– Kalinka! Chodź tu! Zobacz, co tu jest!

– A co tam jest?

– Grób dzięcioła.

Minęłam ich, poszłam w swoją stronę, czyli tam, gdzie opisywałam. A potem, już na górze leżał owoc kaliny, diabli wiedzą skąd, bo owocującego drzewa nigdzie nie było. Przypadek? Nie sądzę. O coś z tą Kaliną (kaliną?) chodzi. O coś chodzi z grobem dzięcioła.

Kilka słów wyjaśnienia. Skąd w Nadwymiarze dzieci? Też się początkowo dziwiłam. Wszak musiały umrzeć? Nie. Otóż dzieci są w Nadwymiarze i WW jednocześnie. Tak już jest. One to potrafią. Potem, niestety, opuszczają Nadwymiar, skupiając się jedynie na waszym świecie. Wielka szkoda.

Oczywiście są takie, które zostają w Nadwymiarze. Nie mają lekko. Połączyć te dwa byty – level hard. To już, faktycznie, łatwiej umrzeć.

No więc „moje” dzieci z lasu przeznaczenia żyją jednocześnie w WW i tu. Bez przeszkód przechodzą przez wnękę międzywymiarową i już są w zaczarowanym lesie. Wnęka międzywymiarowa znajduje się niedaleko mojego ogrodu. Czasem słyszę przez nią głosy z WW i nie są zazwyczaj to przyjemne chwile: – Zaje…m mu, a on do mnie, co ty k…a, a ja ku..a, ja pier…lę!

Innym razem karetka pogotowia.

Tymczasem wróciłam z Góry Przeznaczenia i pamiętam, że czeka mnie w przyszłości jakaś Kalina, albo kalina. Zawsze to coś. Bo już się bałam, że nic mnie nie czeka, co jest w oczywisty sposób połączone z nieistnieniem. Za które podziękuję. To już też zaliczyłam.

Dobra. Miałam pisać o śmierci! Grób dzięcioła przecież też coś znaczy. Otóż znalazłam śmierć! Znalazłam ją wczoraj za rogiem mieszkania Wió, gdy wyszłam w kierunku lumpiaterii. Lumpiateria to taki nadwymiarowy salon mody, w którym wszystko jest oddawane za bezcen, a jest tak piękne, zwiewne i doskonałe, że czasem się martwię kompulsją strojenia. A przecież w Nadwymiarze nie wolno mieć kompulsji. No, ale już od jakiegoś czasu tam nie chodziłam, wczoraj poszłam. Kilka kroków przeszłam, patrzę: śmierć. Leży, biedna, zakurzona. Wygląda, jakby ktoś ją wyrzucił. Na środek drogi. Ludzie serca nie mają.

Wzięłam ją od razu. Wróciłam, posadziłam na parapecie. A potem poszłam do tej lumpiaterii i na śmierć o niej zapomniałam.

Przypomniała mi się wieczorem. Leżałam już w sarkofagu, zbierałam się do spania. Zerwałam się, poleciałam po nią, zdjęłam z parapetu, wykąpałam, doprowadziłam do ładu. Ma spódniczkę z czarnej koronki. Trochę się pruła, ale ogarnęłam. Paznokcie u rąk i stóp czerwone. Ogólnie: elegantka. I po tej kąpieli – w humorze.

Ma na imię Zara. Tak przeczytałam na plakietce, którą nosi przy biodrze. Imię adekwatne. Też bym się nie spieszyła. Ale są tacy, co się spieszą. Dzięcioł na przykład.

Kości i piszczele układają jej się w napis. Li. Stąd mniemam, że jej pełne imię i nazwisko to Zara Li.

Zara Li mieszka teraz ze mną i nosi moje długopisy, które do tej pory w kółko gubiłam. Dziś nawet zażyczyła sobie własny. Ma być jaskrawo różowy. Super. Skąd mam wytrzasnąć jaskraworóżowy długopis, nie wiem. Ale cieszę się, że mam przyjaciółkę.

PS. Szaman Mako też polubił Zarę. Tylko z miejsca zaczął się martwić, czyja to śmierć. On tak zawsze. Ostatnio znalazłam Słownik Symboli, wzięłam go do Księgozbioru (opowiem, mega historia!), a on ciągle tylko: to do kogoś należy na pewno, trzeba oddać. Ciekawe komu. Żywej duszy wokół.

Ps2. Czy ja nie za dużo piszę o Szamanie Mako? Bo już mnie to wkurza!

***

Minął dzień. Boże. Właśnie do mnie dotarło z KIM się zaprzyjaźniłam…

Posadziłam ją na parapecie. A potem na śmierć o niej zapomniałam…