Because of you

Szaman wypłynął w morze. Zanim wypłynął, zrobił coś, co wprawiło mnie w stan osłupienia. Zgolił brodę.

Na taki trzydniowy zarost.

Pytań, które się nasuwają po takim akcie jest bez liku. Wątki cisną się masowo, a że jest ich właśnie tyle, żaden nie przeciśnie się przez zdławione gardło. Przemilczałam sprawę i teraz nie wiem, od którego, pozostawiona w ciszy mieszkania Wió, mam zacząć. Może od podania danych?

Moja galaktyka nazywa się Strzyża, znajduje się w konstelacji Wrzeszcz w gwiazdozbiorze Gdańsk. I chciałabym, żeby powiedział to jakiś Niemiec.

Tymczasem chodzi o to, że w tej konkretnej galaktyce panuje moda na brody.

Do pielęgnacji bród przeznaczone, gęsto upchane po okolicy salony, a raczej STUDIA trychologii oferują nietanie usługi, dzięki którym mężczyzna może naprawdę powiedzieć o sobie, że jest mężczyzną. A przynajmniej tak wygląda. W sensie: dokonuje starań. Aby wyglądać. Jak mężczyzna.

Mój Boże, dane! Dane! Szaman nie pielęgnował brody w studiu, dawno miał brodę, od początku ludzkości miał brodę i gwizdał na kwestię jej strzyżenia. Oraz śmiał się. Ale rzadko, bo przecież prawdziwy mężczyzna nie śmieje się za bardzo. Półuszkieszkiem najlepiej. I tak, żeby nikt nie widział.

A dziś, przed wyjazdem DO ROBOTY ściął brodę. Ostrzygł. Wypielęgnował. I wygląda tak, że budzą się we mnie wszystkie demony naraz.

Nienawidzę każdej baby, która na niego spojrzy.

Ziazio. Noemi Susenbach

Idę do Ziarna.

Wymarzony Nekrolog Kubryńskiej

Z ogromną ulgą donoszę, że osoba, której szukacie, nie żyje. I niech to będzie ten rodzaj nekrologu, o którym zawsze marzyła. Kiedy zmarła? W piątek. O piętnastej.

Pogrzebu nie będzie.

Nie będzie też grobu, bo grób to jednak przegryw. Oraz zawracanie głowy. Zresztą nie mam czasu na głupoty. Muszę lecieć.

Jeśli chodzi o prawa autorskie do Dzieł, posiadam je tylko i wyłącznie ja. I niech tylko komuś ręka zaświerzbi, słowo honoru, wyrwę bez litości. Razem z sercem. I korzeniami, jak mawiała Amma. Może nawet nadal tak mówi, dawnośmy się nie widziały. I pewnie nie zobaczymy.

O Boże, jak lekko jest nie żyć! Aż sobie zapalę. Choć rzuciłam. Ziarno mi dopinguje jak może i robi to w sposób niezwykle uroczy:

– Nie pal tego gówna! Zapalmy lepiej czangę!

Dla niewtajemniczonych – czanga to taki hardcore, co po pierwszym machu zabiera we fraktalny kosmos i po piętnastu minutach rzucania o ścianę całkowicie zmienia życie. Mawiają, że autorka, której poświęcamy dzisiejszy nekrolog paliła właśnie czangę.

Ujrzała purpurowy huragan, w który – rzecz jasna – weszła i tyle ją widziano.

Z całego serca polecam.

Wracając do Ziarna. Mamy z Ziarnem wyśmienitą zabawę. Po angielsku nazywa się surfing. W naszym wykonaniu wygląda to tak, że fruniemy na fali gniewu.

Kubryńska mnie zabije. Trudno. Muszę to opowiedzieć, choćby kosztem jej nekrologu. Otóż robię właśnie profesurę z emocji. Na pierwszy ogień poszła moja ulubiona, czyli wściekłość totalna absolutnie na wszystko, Furia Mać. Paliwo życia. Płonąca lawa. Wybuch na Słońcu. Temperatura kipienia izokadmu.

Pazur tnący skórę antylopy.

Czerwona fala.

Gniew.

Wpadłam do Kancelarii na pierwszej sile uderzenia. Jakaś baba kupowała wino. Wymiotło ją w ułamku sekundy. Jeszcze się opierała przy lodówce, że coś prrossecco. Ale nie dała rady. Na progu jęknęła jeszcze do widzenia – bez odpowiedzi.

– Co się stało?! – rzucił się ku mnie Ziarno chcąc cucić, nie wiem, ratować, a może nawet zabić w obronie własnej? Próbowałam zaczepić się o coś stałego, ale było tylko wino. Zdążyłam wykrztusić, że to raczej ja go zabiję, ktoś na pewno zginie. Nie zdążyłam jednak podać przyczyny, gdyż wszedł typek w okularach. Nazwijmy go: Typek. No więc wchodzi Typek, Ziarno ma w oczach przerażenie, ale nie że zginie, tylko z lęku o Typka. Ogień we mnie kipi, szaleją demony. Zza tego pożaru jednak widzę światło. Ktoś mi wysyła sygnały, proste i logiczne komunikaty jak postępować.

Jak postępować, gdy wpadasz z awanturą i jednocześnie wchodzi Typek?

NIE ZABIJAĆ TYPKA.

Jak nie zabić Typka? Jak to zrobić?

WYJŚĆ.

Ja pierdzielę, ogień we mnie, a ja mam wyjść?!

TAK.

Wychodzę posłusznie i idę przed siebie. Idę jak żołnierz, umięśniony młody bóg, który całą swoją boską energię skierował w POSŁUSZEŃSTWO. Ale mi się idzie! Ale jak!!!

Równo. Mocno. Kategorycznie. Jakby każdy krok był ciosem. Oczywiście wymierzonym Ziarnu. Nie. Typkowi. Nie. Tej babie od prrossecco? NIE.

Pipi.

Zabijam ich wszystkich. Kill’em all.

Tortury trwały do drugiej poprzecznej. Ziarno wyleciał w pogoń na mojej Nemezis. Bał się, ale ją dosiadł. Cud, że go nie zrzuciła.

– Co się stało, Jezus, Sylwia!

– Mam na imię Noemi, debilu.

A on, że sorry, wszystko mu się popieprzyło, bogowie się pokićkali, co się, kurwa, dzieje, koniec świata jakiś, a ja że weź się ogarnij, a on, że nie może, a ja że musisz, a on że dobra.

– Wszystko, co miałam do powiedzenia, już powiedziałam na tym spacerze!

– To weź powiedz jeszcze raz, bo mnie to interesuje!

I tak oto po raz pierwszy w życiu rozmawiałam z człowiekiem, na którym mi zależy o tym, czy warto poświęcić życie na skakanie z Zieleniaka – bez żadnych nerwów. Emocje nie wchodziły w grę. Ogólnie, po co są emocje? Dla zabawy.

Dla energicznego spaceru. Dla histerycznego śmiechu. Dla pisku na widok pająka. Dla fontanny łez. Dla bujania się na huśtawce po niebo, pod same obłoki CZUCIA.

Nieżyjąca autorka stanowiła emocje.

Pomachajmy jej z daleka.

Ogień, Noemi Susenbach

Ziarno

Eligiuszu, ach, Eligiuszu! Zabrałeś mnie na łąkę wśród maków, tę samą, której mi tak brakowało. Jesteś czarnym motylem poezji, zdumionym prozą życia. Tak łatwo poszarpać ci skrzydła!

Nic nie powiem. Nie mogę.

Miałam dziś pisać o niczym. O niczym zupełnie. I pewnie by poszło jak burza, gdyby nie on. Gdyby nie on…

STOP.

O niczym. O niedzielnym popołudniu z nutą Summer in the city w tle. O parzeniu herbaty. O parzeniu herbaty zielonej. O tym, że Szaman fusy wyrzucił, moje święte fusy (!) i o to była poranna awantura. A już prawie Wiłka zaproszona na melanż. Od trzech dni nic tylko świętujemy, spotykamy się, a to z Wiłką-Nadią, a to z Ziarnem, a to z Nataszą.

(Wczoraj na plaży spotykamy Nataszę, która mnie rozpoznaje z poprzedniego życia. Patrzy, patrzy, patrzy i nagle bum, wypala z rakiety, że ona mnie zna. Pamięta. Sprzed śmierci. I że: jak to?!)

Od trzech dni kołyszemy się wśród fal oceanu, na jednostce pływającej o nazwie Arka Noemi. W jednostce mieszczą się podobno (wg producenta) dwie osoby. Uważam to za dyskusyjne. Owszem, Leo z Bellą chwilowo nieobecni. Polują. No wyleciała na biwak. Ewelement w swoim świecie. Amma na wyspie chrześcijańskiej. Czerwony Wędrowiec na wędrówce. Starzy przyjaciele za burtą….

Ale reszta tak. Reszta jak najbardziej tak. Nawet Ziarno się mieści. W weekend, mówi, pierdolę. Nie pracuje. I bach do łodzi. Ze mną. I na przestwór głęboki! I na fale mordercze!

Był raz marynarz, który

Żywił się wyłącznie pieprzem

Sypał pieprz do konfitury

I do zupy mlecznej!

– darłam się na cały akwen. Bo wiało. Burza szła w najlepsze, a Ziarno na środek morza ciągnie. Mówię, debilu, zginiemy, a oprócz nas zginie ten diabeł, twoja córka!

– Jeśli zginie, znaczy słaba! – krzyczy Ziarno, czym mnie od razu koi. A dla komfortu dodaje, że wiatr od lądu, wrócić będzie ciężko, oj, ciężko. I dalej w szanty.

Hej, tam kolejkę nalej!

Hej, tam kielichy wznieście!

Tak było. A dziś poezja ze wschodu, bo raz że Wiłka zaczęła tworzyć, dwa: Eligiusz.

Istnieje.


Latem w mieście drga powietrze

A nuty snują się po wietrze

Ziarno, Noemi Susenbach

420

Zamiast Maweraszii: sen.

Zgadzam się. Nie mieć kaca, a jedynie pamięć po sennym przekazie – choćby i najstraszniejszym – warto.

Rzecz się dzieje u Ziarna. W tym kiosku, kwiaciarni, kantorze, kancelarii. Jak kto chce. No więc jestem u Ziarna i patrzę wokół, na półkach butelki z winem. Pięknie opakowane, zachęcające, kolorowe. Wymyślne, że aż strach. Z alkoholem tak jest. Trzeba go zapakować w senne cuda, żeby oszukać. Żeby przekonać. Żeby ktoś uwierzył.

Wierzą. Wierzą święcie, a te etykietki wiarę uświęcają. Że to wcale nie śmierdzi rozpuszczalnikiem nitro, że to wcale nie trąca osadem z beczki, że to wcale nie wyszło z zepsutej mazi, że to wcale nie jest złe. Przeciwnie. Finezja figur i barw mami. Oto raj się otwiera. Po trzecim kieliszku i owszem. Na chwilę. Ale potem jest już jedynie piekło.

Wróćmy do kancelarii. Patrzę po półkach, jest tego dużo, aż oczy bolą. Ale nie wolno mi tego brać. Nie wolno.

W snach jest zasada. W snach się wie. Jak nie wolno, to nie wolno i koniec. Nie biorę więc żadnej butelki, ale szukam czegoś między nimi, bo tam między niby ukryte jest COŚ.

Herbata. Przyszłam tu się herbaty napić. Ziarno! Ty cholero, jak to czytasz, to się za dupę trzymaj, bo teraz coś ci powiem. Gdy przychodzę do ciebie, do tego twojego kantoru, kwiaciarni, kiosku – zawsze mi proponujesz herbatę! Zawsze! Herbata jest z rodzaju granulat, podana w kubku „Anna Pomaska”. Czy ktoś tam. Nie pamiętam. Z jakiejś partii. Prawdopodobnie z Partii Przyjaciół Herbaty. Granulowanej. Assam.

Granulowana herbata Assam to klasyka gatunku. Marka sama w sobie. Efekt nonszalanckiego zamiatania zardzewiałej łodzi wyciągniętej z dna Mekongu, prawdopodobnie przez samego Ziarno. Coś wspaniałego. Rzecz jest pakowana pospiesznie prawdopodobnie przez wszystkie chińskie dzieci świata do pogniecionej torebki impregnowanej lakierem UV.

Tymczasem we śnie herbaty są inne. Czerwone, egzotyczne, czarne. Przewracam pudełka, szukam. Czegoś szukam. Nie, nie czerwonej, nie owocowej, nie czarnej. Ja szukam herbaty zielonej. Takiej, co się ją nie tylko pije.

Nią się maluje!

A co namalowane – świeci. Srebrną poświatą układa gwiazdozbiory…


Znajduję. Zaparzam. Piję.

Srebrną poświatą układam gwiazdozbiory…

I wcale nie muszę się budzić.

420, Noemi Susenbach

Królestwo

dla Magdalin

Ziarno mówi, żeby wyrzucić trupy za burtę. Wiele można powiedzieć o Ziarnie, wszak handluje winem, sam specjalnie od demona nie stroni, ale przecież jest Aniołem, wszelki sprzeciw to bezsens. Tak. Ziarno ma rację. Wyrzucić trupy. Nieważne, co i jak było, trup to zawsze przeszłość, a więc balast. Wyrzucam więc po kolei: Węża, Józefinę, Ewelin i całą resztę towarzystwa, którego się trzymałam kurczowo diabli wiedzą po jaką cholerę.

Uf, jak lekko!

Mam teraz na pokładzie tylko dwa dzikie koty i Wifi. Dziwna sprawa z tymi kotami. Nieważne, jak są duże, nie ważą nic. Ich lekkość przeczy fizyce. Zresztą nie tylko to. Wszystko, co dotyczy kotów, jakoś się z prawami naukowymi nie klei. Przykład: satelity Starlink. Borykająca się z pandemią, głodem, suszą, zmianą klimatu (itd, itp.) ludzkość becaluje czterysta miliardów dolarów w złocie i wysyła w kosmos dwanaście tysięcy obiektów latających – głównie po to, żeby oglądać filmiki o kotach. Logika? Brak.

Kot to zwierzę od logiki oderwane, oderwane od grawitacji, oderwane od systemów, oderwane od wszystkiego. Niby nie lata, a chwyta ptaki spod niebios. Niby nie pływa, a wyciąga ryby z głębin. O nic nie prosi – dostaje wszystko.

I wcale nie zapraszane, króluje na Arce Noemi. I na tej arce robi co chce.

Tak oto Bella i Leo na ostatnim spotkaniu w Kancelarii spili mnie (abstynentkę!) winem, zaciągnęli na imprezę i, przekonując, że stanowią opiekę medyczną, wysadzili w kosmos za pomocą mikrodawkowania*.

Sekundę później stałam się rozśpiewaną po rosyjsku, rozpiętą między wymiarami plazmą.

Klasyka.

Plazma nie plazma, między słowami wyłapałam jednak sens rozmów i już wiem, o co chodzi z wirusem, ile jest naprawdę zgonów oraz to, że moja nowa kompania zajmuje się krojeniem ciał ludzkich za pomocą skalpela. Na oddziale covidowym. Słabo?

Amma już nie chce być na Arce. Ewelement aż nogę zwichnęła. Słusznie, to pozwala zachować dystans. No, jak na orła przystało, szybuje pod niebem, obserwuje pandemię, czasem lodowatym głosem rzuci komentarz o treści: – Lol. Albo: – A.

Szaman, jak w anegdocie o rowerzyście „ma wszystko w pi…”.

Płyniemy. Bez masek. Bez balastu. Na chwilowo łagodnych wodach Oceanu Pomarańczowego, ku błękitom życia.

Wczoraj zgłosiła się do mnie gazeta. Pytali, jakie mam plany na przyszłość. Natknęliśmy się na problem, gdy przyszło ustalić mój wiek. Bo nie wiem. Chodzi o datę urodzenia, czy zmartwychwstania? Przed, czy po śmierci? Życie jest wszak wieczne w obie strony.

Przyszłość. Czyż nie jest balastem, jak przeszłość? Gorzej. To kajdany. Bo jak wygląda żywot? Oto człowiek. Dzielnie toczy pod górę zakurzoną historię zlepioną w kulę gnoju. Jak żuk gnojarek. Przez życie całe, przepełniony żalem. I jakby tego mozołu miał mało, ładuje się w dyby PLANÓW NA PRZYSZŁOŚĆ.

Obarczony wczoraj, spętany jutrem, ucieka od dziś.

Do Królestwa.

Niebieskiego.

Tymczasem wystarczy odrzucić kulę gnoju, zdjąć kajdany i oto jest. Czeka. W każdej jednej chwili TERAŹNIEJSZOŚCI.

Tego jednak nie powiedziałam, podzieliłam się planem napisania książki o tym wszystkim, co nazwałam „mała śmierć”.


*ta, mikro…

Królestwo, Noemi Susenbach

Skrzydła Nemezis

Kiedyś, jeszcze w poprzednim życiu miałam taki sposób na samotność, że brałam do ręki zeszyt i pisałam, pisałam, pisałam. Dziś obudziłam się sama w wielkim łóżku, nie ma nikogo, nie ma nawet No, która wyleciała w tę noc halloweenową i do tej pory nie wróciła. 

Wzięła rewolwer. 

Przed wyjściem oddała kilka strzałów na próbę. Działał bez zarzutu. 

Nogiłóżka jest inna. Ona wychodzi w czarną noc najstraszliwszego miasta świata, czyli Wiednia i nie bierze ze sobą żadnej broni. Kiedyś wspomniałam coś o nożu, zaprzeczyła kategorycznie, twierdząc, że się pokaleczy. 

Jej sposób na niebezpieczeństwo, to całkowita bezbronność. Ryzykowne. Wbrew pozorom jest w tym logika. Chodzi o wpływ świadomości na rzeczywistość. Jeśli bowiem bierzesz nóż, znaczy: spodziewasz się ataku, a zatem – boisz się. Kto jest ofiarą napadów ulicznych? Pytanie zawiera odpowiedź. OFIARA. Cechą charakterystyczną ofiary jest lęk. 

No nie wykazuje lęku. Jej rewolwer miał inne zadanie. Pamiętajmy, że wyszła na Halloween. Tam, dokąd szła, obowiązują kostiumy. Kostiumy mają być straszne. Za kogo No może się przebrać, by siać postrach? Przecież nie za ducha! 

Przebrała się więc za bandytę. 

Uzbrojonego. 

Pif – paf. A raczej: szach – mat. Uciekajcie ofiary do bram.

Tymczasem ja zostałam sama, samiuteńka, bez absolutnie nikogo. Przepraszam, z Wifi. Ale ona się gdzieś zaszyła w szarości Dnia Zmarłych. Nie wiem, czy wspominałam, że Wifi jest koloru szarego? Zaszyta więc w szarości dnia znika jak wspomniany a nieistniejący duch przebrania No. 

Kiedyś pisałam. Pisałam właśnie w takich momentach, gdy nie było nikogo. Momenty przechodziły w godziny, godziny w dni, dni w miesiące, aż wreszcie samotność wypełniła mi całe życie doczesne. Gdy jednak spotkałam Szamana Mako na Górze Przeznaczenia – na fali protestów i awantur zrozumiałam, że moja samotność się skończyła. 

Jeśli bowiem dziewczyna znajdzie swojego starszego brata, nigdy już nie będzie sama. 

Szaman jednak obecnie, jak się zupełnie nie domyślacie, pływa po Morzu Księżycowym i klnie pod nosem jak stary rasowy wilk morski, bo mu się jakieś zwoje lin splątały. 

A ja tu sama. 

Ewelement chyba śpi. Wysłałam jej wiadomość z pytaniem o sny, bo mnie już nawet sny opuściły. Nie odpowiedziała. Zatem śpi. I śni. Chociaż ona. 

Ziarno miał przyjść! Ziarno to jest facet z budki z winem. Na rogu światów. Nie wspominałam, bo wiecznie brak mi czasu na pisanie wyczerpujące. Pamiętam, jak jeszcze w szkole nauczyciele bazgrali pod moimi wypracowaniami taki zarzut: Nie wyczerpałaś tematu!

I czwórka. Zawsze: czwórka. Na maturze też czwórka. Bo nie wyczerpałam tematu. A przecież wyczerpanie tematu to literacka zbrodnia! To zabranie czytelnikowi wszystkiego, co najważniejsze! Czytelnika trzeba zostawić w pół zdania, w pół drogi, w pół oddechu. 

Wracając DO TEMATU (by choć go trochę wyczerpać) – Ziarno to facet z budki z winem na rogu światów. Między wymiarami zawsze stoi jakaś budka z winem, w której siedzi zabłąkany anioł. Budkę nazywam Kantorem. Ziarno z kolei upiera się, żeby nazywać ją „Kwiaciarnią”. Sama nie wiem. 

Anioł zwykle jest uśmiechnięty, choć w cholerę nieszczęśliwy, bo musi siedzieć w tej piekielnej budce i palić w kozie, żeby nie zamarznąć. Na rogu światów bywa bardzo zimno. 

Do Kantoru przychodzą bardzo bogaci ludzie i kupują wino po straszliwych cenach, a on z pasją choć bez zachwytu opowiada, które wino jest lepsze. Anioł zawsze wie, kto przychodzi po smak wina, a kto właśnie daje się dymać Maweraszii. Kasuje tych drugich z wielkim bólem w sercu. I cierpi. Cierpi za coś, co się tam kiedyś wydarzyło i za co musi tym swoim trwaniem w budce zapłacić. 

Ziarno jest takim aniołem. Przychodzę do niego wieczorami. Wita mnie uściskami wuja, po czym nalewa dwa milimetry sześcienne czerwonego płynu do wielkiego kryształowego kielicha, sadza mnie na wysokim drewnianym krzesełku i zachwyca się moim ubiorem. Z tym ostatnim trochę przesadziłam, bo Ziarno zachwycił się raz i to całkiem niedawno, ściśle przedwczoraj, gdy wróciłam z Wiednia na skrzydłach Nemezis. 

I tu znów okazuje się, że nie wyczerpałam tematu, bo nic nie wspomniałam o skrzydłach Nemezis, którymi właśnie zachwycił się Ziarno. 

Było tak. Nogiłóżka miała płaszcz. Czarny, długi do ziemi, w dodatku cudownie ciepły, a właśnie nadeszły chłody piekielne, nów w Skorpionie. Pozazdrościłam jej tego płaszcza. Chciałam jej zaiwanić. No może nie tak wprost, ale jakoś. Podstępem, błaganiem, manipulacją. Te same uczucia miałam względem Pana Demonium, ale to osobna historia, którą opiszę, gdy zacznę WYCZERPYWAĆ TEMAT. 

Jak wiecie, Nogiłóżka zniknęła razem z płaszczem, a ja zostałam sama w Wiedniu i w chłodzie. Szłam ulicą w celu ewakuacji i nagle zobaczyłam na schodach wejścia do jakiejś kamienicy czarne zawiniątko. Mój zamaszysty krok minął zawiniątko, ale świadomość przystanęła. Zwolniłam, poczekałam, aż przejdzie baba z blond fryzurą. Baba jednak nie przechodziła, grzebała w torebce, czegoś szukała, rozglądała się i zaczynała już mnie naprawdę irytować, bo jednak w cholerę irytuje ktoś, kto w żaden sposób nie słucha niemych życzeń, żeby go nie było!

Wreszcie, gdy już postanowiłam, że chrzanię babę, zawrócę, podejdę do zawiniątka i jak rasowy lump przerzucę stare ubrania po zblazowanych Austriakach – baba nagle przestała grzebać w torebce, podniosła głowę i poszła przed siebie. Dzięki ci, piękna nieznajomo! Już jestem przy zawiniątku, już odgrzebuję rzecz. A tam… spodnie w kolorze czarnym, idealne dla No i… no właśnie. 

Powiem tak. To nie jest żaden austriacki stary ciuch wyrzucony dla lumpów. To DAR. Dar dla mnie i przy okazji dla No od… Nie wiem. Grunt, że mam czarne, przepiękne skrzydła, które układają się w czarodziejską pelerynę na kształt togi sędziowskiej! 

Peleryna jest tak ciepła, że temperatura na zewnątrz nie ma znaczenia. Wystarczy że się nią owinę, staję się słońcem. Niewidzialnym słońcem! Gdy ją rozpostrę – wznoszę się ponad chodnikami i już nie potrzebuję meteorytów do latania! 

W Księgozbiorze dowiedziałam się, że Nemezis to gwiazda, której ludzkość nie może znaleźć od wieków z tego powodu, że jej nie widać. Nemezis to też… sędzia. To ona decyduje, co komu i za co. Tak w skrócie, bo już zaczynam się obawiać wyczerpania tematu. Sami przecież możecie się wiele domyśleć. Na tym polega cała zabawa. 

Mam skrzydła Nemezis! 

I właśnie tym zachwycił się Ziarno, gdy mnie ostatnio widział w Kwiaciarni. 

O kurwa. Napisała do mnie Nemocja. Muszę kończyć.